Alergia

Dresiarz dyszał i obracał w dłoniach kij. Po chwili spojrzał na mnie bez wyrazu, wrócił do auta, wrzucił do środka swój atrybut fizycznej przewagi, po czym na powrót zasiadł za kółkiem. Pięć sekund później uraczył mnie zapachem palonych na starcie opon. Teraz mógł powiedzieć, że dał radę mnie wyprzedzić. Kolejne dziesięć sekund i zniknął za zakrętem. Zostałem sam na jakiejś na wpół opustoszałej podmiejskiej drodze, sprawdziłem telefon i odczytałem smsa od matki, która informowała mnie suchym tonem urzędniczki, że potrzebuje pieniędzy na kolejne leki, bo to cholerne państwo nie jest w stanie jej tego zapewnić. Norma, pamięta o mnie tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje.
Nie myśl o tym teraz, ciesz się, że nie miałeś wypadku. Co prawda, to prawda, więc rozejrzałem się trochę, ochłonąłem, a kiedy poziom adrenaliny opadł do przyzwoitego poziomu, usiadłem za kierownicą, odpaliłem silnik i chciałem odjechać. Ale coś mnie zatrzymało.
Spojrzałem tam, gdzie udały się te cztery lale, przez które o mało co nie rozwaliłem mojego nowego sportowego samochodu. Stały nieopodal i uporczywie się we mnie wpatrywały. Poczułem, że się ze mnie nabijają, więc chęć złapania za kudły i reszty przywracających rozum pieszczot znów się pojawiła. Znowu wysiadłem z auta i zrobiłem parę szybkich kroków w ich kierunku, ale widocznie nie był to najlepszy pomysł, bo chyba się wystraszyły i zwiększyły dzielący nas dystans.
Zmieniłem taktykę: pomachałem im na pożegnanie i nawet wydawało mi się, że jedna z nich, ta najważniejsza, którą dostrzegłem najpierw, też mi pomachała. Choć z perspektywy czasu nie mam już takiej pewności. Odjechałem kwadrans później, gryziony nieuzasadnionym niepokojem. Poczułem coś, czego się bałem. Tak, ona, ta pierwsza, jasnowłosa i pełna jakiegoś jaśniejącego życiowego optymizmu – jej obraz wciąż tkwił w zakamarkach mojej głowy. Jeśli dopadło mnie zauroczenie to jeszcze pół biedy, bo to w miarę szybko przemija, ale jeśli właśnie zaczęło się coś silniejszego i trwalszego, to lepiej nie myśleć, czym to się może skończyć.