Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Ostatni przedstawiciel gatunku

24 grudnia 2015

Może by je rozgonić? Jestem większy i silniejszy, czemu nie zastosować tej naturalnej przewagi? W wielu sytuacjach to prawo doskonale się sprawdza, więc dlaczego by z niego nie skorzystać właśnie teraz? Kto silniejszemu zabroni? Robię zdecydowany krok naprzód i natychmiast zastygam. Coś mnie powstrzymuje. Czuję się jak wmurowany. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Mam wrażenie, że ważę parę ton i nie dam rady zrobić ani kroku dalej. Lecz to nie kwestia wagi, oczywiście. To one. Patrzą na mnie tak, jakby mówiły: stop. Ani kroku dalej. To nasz teren. A ja się podporządkowuję. Mimo przewagi fizycznej one są liczniejsze. Pięć do jednego. Ale przecież to tylko małe ptaszki. Mimo wszystko powinienem zeżreć je na kolację. Tego, który przyleciał ostatni, specjalnie spiekę na ogniu, a potem wyrzucę, bo niejadalny, no kto mi zabroni? A może one…

Teraz obserwują mnie z pewnym niepokojem, ale i swoistą ciekawością, zabarwioną jakimś smutkiem. Zupełnie tak samo, jak ja patrzyłem na pierwszego z nich, kiedy jeszcze był sam. Że to ostatni przedstawiciel gatunku.

I nagle to do mnie dociera. I wali w pysk jak cios boksera. Padam do tyłu na nierówno udeptaną własnymi stopami ziemię. Odczuwam ból w szczęce, jakby ktoś mnie rzeczywiście uderzył. A to świadomość mnie walnęła. Jak Tajger, Gołota czy inny Diablo. Potężny cios. Właśnie zdałem sobie sprawę, że to ja jestem ostatnim przedstawicielem gatunku. Że jestem ostatnim człowiekiem na Ziemi i ostatnim w ogóle. Że to te ptaki patrzą na mnie w taki sposób, bo są świadkami końca ery człowieka. Patrzą na ostatni egzemplarz ludzki. Egzemplarz, który być może nadaje się na kolację. To raczej wyjątkowa sytuacja, więc jestem chociaż uczesany?

Nie mam dzieci, ledwo zdążyłem się ożenić, choć nigdy nie układało mi się z kobietami. Kiedy jakąś poznawałem, zaraz pojawiał mi się obraz, na którym ona idzie do kuchni z butelką i płaczem, a nasze dziecko zostaje w pokoju i ogląda włączony przez nią film. A mnie w tej wizji nie było. Byłem gdzieś poza nią, nie do końca wiedziałem, czy od nich odszedłem czy może umarłem. Tego nigdy się nie dowiedziałem. Przy nowo poznanych kobietach musiałem chyba dziwnie się zachowywać, bo po paru spotkaniach wszystkie mówiły, że straciły zainteresowanie i nie chcą się już spotykać, że mają inne priorytety, studia, że religia im nie pozwala i tak dalej. Tylko ta jedna w końcu ze mną została, może się poddała i nie chciało jej się dłużej szukać idealnego partnera, no i się pobraliśmy, ale nie byliśmy szczęśliwi, nie umieliśmy być szczęśliwi. Do tego też podobno potrzeba pewnych umiejętności, sama chęć nie wystarcza, jeśli w ogóle jest. Mogę w zasadzie powiedzieć, bez zbytniego użalania się nad sobą, że przez większość czasu byłem sam, więc co się u licha teraz zmieniło? Nic. Nadal jestem sam, tamtego dnia wyszedłem zły z domu, powiedziałem wcześniej do żony, że nie chcę jej już więcej widzieć i pewnie poszedłbym gdzieś po pracy, żeby wrócić później i pokazać, że faktycznie kiedyś nie wrócę, żeby dotrzymać słowa, żeby udowodnić, że… Właściwie to co? Teraz to już bez znaczenia.