Ostatni przedstawiciel gatunku
Mam więc już trzech śpiewaków na czymś, co kiedyś było gałęzią drzewa. Co ciekawe, kiedy są w trójkę, są nadal sympatyczne, ale jakoś inaczej - ta sympatia jest skierowana w inną stronę, że tak powiem. O ile wcześniej byłem pewny, że możemy zostać przyjaciółmi, tak teraz już tej pewności nie mam. Wydaje mi się, być może z zupełnie nieracjonalnego powodu, że przedstawiciele jednego gatunku zawsze będą solidarni w pierwszej kolejności wobec siebie. A potem się ewentualnie zobaczy. Jeśli będzie ku temu jakaś okazja.
Moja własna podświadomość chyba nie działa na moją korzyść, bo odczuwany niepokój dramatycznie rośnie, kiedy na duchu gałęzi pojawia się czwarty okaz. Coś tu się szykuje. Cofam się o krok. Oglądam się za siebie, tak na wszelki wypadek, bo przecież nikogo za mną być nie powinno. Jestem tu sam i jak dotąd nikt ani nic nie mąciło tego błogiego stanu. A te cztery stwory z jakiegoś powodu wprawiają mnie w dziwne zdenerwowanie. Nie umiem znaleźć żadnego uzasadnienia, bo zaraz się okaże, że ten napad lęku jest zupełnie bezpodstawny. Mało to razy przydarza nam się coś takiego w życiu? A potem jest tylko śmiech i kiwanie głowami, że jak mogliśmy być tak głupi i tak się poddać terrorowi lęków, schowanych gdzieś głęboko w zakamarkach umysłu.
Ten czwarty jest jakiś dziwny. Albo inaczej: nie bije od niego dobra, ptasia energia. Proszę, jaki znawca się ze mnie zrobił. Potrafię ocenić, czy z jakiegoś zwierzaka bije dobra czy niedobra energia. Cóż, okoliczności są szczególne, takie, w których wyostrza się instynkt. Czwarty zaczyna ćwierkać i jak na razie odstawia najdłuższy utwór. Wiem, co ćwierkasz, to jakaś piosenka Sinatry. Żartuję. Ptaki nie słuchają Sinatry, nie wiem, czy pociągnęłyby długo na takim repertuarze. Znowu ćwierka. Jakoś zimno, mrocznie, nieprzychylnie. A ja odczuwałem współczucie, że może ostatni przedstawiciel gatunku, że zagłada, że unicestwienie, zanik…
Teraz to już nie wiem, co myśleć. Piąty się pojawił. Wszystkie naraz zaczynają ćwierkać, niezwykle się ożywiły. Ten, który pojawił się jako trzeci, zaczyna machać skrzydłami i pokrzykiwać. Chyba się pokłóciły. Tylko o co mogą się kłócić ptaki? Na dodatek w świecie, którego już nie ma? Co tu się u licha dzieje? A może jestem w ukrytej kamerze?
To naprawdę zdumiewające, jak samemu można się nakręcać. Ledwo pomyślałem, że mogę być w ukrytej kamerze i zaraz wyskoczą tu jakieś pajace i zaczną wołać „Mamy cię!” albo inne dyrdymały, a już się rozglądam i nawet się uśmiecham, że niby już się połapałem i tak łatwo się nie dam. Ale otoczenie tkwi w marazmie, gdzieniegdzie poruszają się zwały śmieci trącane oddechem martwego wiatru. Albo raczej – trącane oddechem umarłego świata. Przynajmniej tutaj ten świat wydaje się umarły. Gdzie indziej na pewno wszystko jest w porządku, ludzie, te trybiki maszyny codzienności, chodzą po galeriach handlowych i nie mają pojęcia, że jakiś samotny obdartus stoi tu naprzeciwko pięciu ptaszków, które zachowują się tak, jakby mocno się kłóciły. Jeszcze chwila i skoczą sobie do piór.


