Wielkie paczki

Bagażówka stała się tego dnia usługą luksusową. Udało mi się znaleźć transport po dwóch godzinach – żuk miał przyjechać o 13:20. Stwierdziłem, że wrócę do domu i trochę odpocznę. Przed pocztą nadal kłębił się tłum, ludzie krzyczeli i biegali, wymachiwali groźnie pięściami lub samymi palcami, niektórzy popadli w tak straszny smutek, jakby się co najmniej emisja Mody na sukces skończyła.
Zrobiło się przyjemnie ciepło, więc pomyślałem, że spacer do domu dobrze mi zrobi. Ruszyłem radosnym krokiem, kiedy nagle, tuż za płotem pierwszej posesji, zobaczyłem leżącego człowieka. Zatrzymałem się i zacząłem mu się przyglądać, lecz zanim doszedłem do jakichkolwiek wniosków, z domu wypadła jakaś kobieta, zwymiotowała i padła. A po niej nastoletnia panna. Wymioty i przegrana walka z grawitacją.
- Nieźle piją, co? – zagadnął mój sąsiad Janek, który nagle znalazł się obok mnie.
- A piją? – zapytałem, jakoś nie do końca przekonany co do alkoholizacji.
- To po czym by rzygali?
- Ostatnio rzeźnik słabszą kiełbasę robi – odparłem bez przekonania.
Janek popatrzył na mnie jak na Króla Trwogi.
- Idę, bo zaraz paczkę mi przywiozą.
Poszedł.
Człowiek za płotem ocknął się, podniósł, popatrzył na mnie załzawionymi oczami i zapytał:
- Kto to zrobił?
Nie drgnąłem.
Człowiek powtórzył swoją sentencję.
Wtedy poczułem jakiś straszny odór. Odrzucający, okropny, przeszywający mózg.
Pobiegłem w kierunku domu. Bo jeszcze chwila, a wczorajsze jedzenie powróciłoby w glorii. I przedwczorajsze pewnie też. I ze ślubu. I bierzmowania.
‘Wiem, co jej zrobiłeś. Módl się, żeby tego listu nikt nie przeczytał.’
Litery tańczyły mi przed oczami, a ja biegłem. Dwie czynności naraz. Czasem można robić dwie czynności naraz. Wpadłem na swój teren, wtedy przypomniałem sobie o ziemniakach. Nie, chwila, kartoflach. Powiedziała wyraźnie, że kartofle. Zatrzymałem się i nawet przez moment chciałem zawrócić, lecz wtedy mój umysł wydał rozkaz nosowi: śmierdzieć! i przypomniałem sobie woń sprzed chwili w pełnej krasie, może nawet z dodatkami. Wpadłem do domu i zatrzasnąłem za sobą drzwi.
Lidka siedziała w przedpokoju z zamkniętymi oczami, ale wydawało mi się, że wszystko widzi. Taka medytacja wszystkowidząca. Masz zakupy? Nie mam. Nie było. Akurat. Co jeszcze mi powiesz? Jak możesz? No co ty! Tak mogła ta rozmowa wyglądać. Nie padło ani jedno słowo.
Przechodziłem cicho obok niej, kiedy złapała mnie za nogawkę. Zdrętwiałem.
- Dziś przybędzie to, na co pracowaliśmy całe życie – powiedziała beznamiętnym głosem, tak jej obcym.