Dlatego zabijałem
Domyślam się, jak to może zabrzmieć, jednak prawda pozostaje bezlitosna. Tu nie ma taryfy ulgowej. Albo zabuksujemy w śliskich i duszących oparach grzeczności albo wyłożymy kawę na ławę i oczyścimy się całkowicie. Wybrałem tę drugą drogę, drogę czystości, szczerości, naturalizmu. Mówiłem już, że od tamtej pory miałem więcej czasu, dlatego zabijałem. I nawet mi się to spodobało. Czerpałem z tego dziwną, wręcz perwersyjną przyjemność, przyszedł jednak moment, kiedy to zajęcie stało się najzwyklejszą w świecie pracą, a do takich rzeczy podchodzi się nieco inaczej. Z takim podejściem traci się ten pierwotny zapał, tę nieograniczoną chęć robienia tego, co daje właśnie tę nieokreśloną energię, której nam tak bardzo potrzeba, a której nie znajdzie się w poradniku dla istot przeciętnych.
Tamta piątka dzieciaków była doskonałym materiałem treningowym. Na nich ćwiczyłem to, co potem przychodziło mi z coraz większą łatwością. To w zasadzie normalny proces. Jeśli się za coś brałem i to ćwiczyłem, stawałem się w tym coraz lepszy. Życie. Właśnie, życie. Dostajemy życie, ten krótki odcinek egzystencji, z którym trzeba coś zrobić. I chyba znalazłem to, co sprawiało mi rosnącą satysfakcję, bez względu na to, co inni mogą sobie na ten temat pomyśleć. A z tamtą piątką dzieciaków naprawdę dobrze się bawiłem. Dostali ode mnie to, na co zasłużyli. Mam nawet wrażenie, że są mi w pewien sposób wdzięczni. Niestety, istnieje małe prawdopodobieństwo, że to sprawdzę. Naprawdę małe. Jakoś nie planuję z nimi rozmawiać, chyba łatwo się domyślić, z jakiego powodu.
Byłem coraz lepszy i w pewnym momencie zacząłem nawet zarabiać przyzwoite pieniądze. Czasem się zastanawiałem, czy to, co robię, jest moralne, dobre i takie tam bzdury, jednak mój wewnętrzny autorytet zmuszał mnie do kontynuacji. Nie miałem wyjścia. Wiedziałem, że muszę to robić. Że to moje powołanie.
Dlatego zabijałem.
To mi dawało wolność. A wolność oznaczała całkowitą swobodę w zarządzaniu czasem. Miałem go dużo, bardzo dużo. Dlatego, no właśnie.
Jakieś dziesięć lat po „huśtawce” przyszła kolej na Iwonę, siostrę jednego z tamtych dzieciaków. Musiałem mieć osiemnaście lat, ona była rok starsza. Widywałem ją czasem z okna naszego m3, w którym mieszkałem z rodzicami i dwoma braćmi. Widywałem ją, kiedy szła na przystanek, żeby złapać autobus i dojechać do szkoły. Nie chodziliśmy do tego samego liceum. Chodziła do lepszego. Czy to miało dla mnie jakieś znaczenie? Prawdopodobnie nie, przynajmniej do pewnego momentu tak to rozumiałem. Teraz wiem, że nie miało żadnego.


