Ta operacja jest ściśle tajna

Bóg zarumienił się i kiwnął ręką, aby wprowadziła gościa. Po chwili w gabinecie pojawił się wyleniały młokos w wieku lat około trzydziestu, w wyblakłym garniturze, szarej koszuli, szarym krawacie i butach, które wołały o pastę. Wszedł, ukłonił się, stanął w miejscu i na tym skończyła się jego wstępna działalność. Do stu tysięcy łysiejących Lucyferów, przeklęta popularność, później wszyscy się mnie boją, pomyślał Bóg.
- No co tak stoisz, chłopcze, wejdź no dalej, usiądź sobie o tu, na krześle – przemówił do gościa, a kiedy ten nie ruszał, ponaglił go w sposób bardziej zdecydowany. – No, idźże! Przecież masz mnie tu podobno czegoś nauczyć!
Gość zbliżył się do wskazanego krzesła, po czym opadł na nie połową siedzenia, podczas gdy druga część wspomnianej części zwisała nad podłogą. Chwilę później na biurku znalazły się jakieś książki, ładne i kolorowe, i nawet zdołały Boga zainteresować.
- A czego żeś mi tu chłopcze naprzynosił? – zapytał.
- Książki do nauki języka duńskiego – oświadczył nauczyciel i od razu przeszedł do działania. – Jeg hedder Roman. Hvad hedder du?
- Niech to diabli! Gardło cię boli, chłopcze? Helena, przynieś no tu jaką aspirynę albo co! – Bóg się wystraszył, że być może zbyt mocno rozkręcił klimatyzację. A może w klimatyzacji siedziała taka bakteria, co to jak już do gardła wlezie, to zapalenia gotowe.
- Nie, nie trzeba, ja tylko powiedziałem, że mam na imię Roman i zapytałem, jak pan ma na imię – wyjaśnił nauczyciel Roman. Nadal nie miał śmiałości spojrzeć w oczy swemu uczniowi. Podjął się tego zlecenia z wielkimi obawami, bo przecież klient niezwykle ważny, jednak chęć zdobycia sławy odegrała w procesie decyzyjnym sporą rolę. Bo cena za przeprowadzenie lekcji była śmiesznie niska. Ale za to później będzie mógł opowiadać niestworzone historie o tym, kim jest ten, którego tak się wszyscy boją. Musi tylko dobrze wszystko rozegrać. Tu zapłatę odbiera się w innej walucie.
- Aha – rzekł Bóg. – To powiedz to jeszcze raz, chłopcze.
No to Roman powiedział. A potem Bóg zaczął powtarzać i zaczęło mu się podobać. Niestety, potem były jakieś czytanki o Wikingach, długie i nudne, Bóg wszystko to znał, sam przecież wytępił tę pogańską plagę, następnie objaśnienia gramatyczne, dodawanie końcówek, ćwiczenia na nie wiadomo co, i ta przeklęta wymowa. Sam Belzebub maczał w tym paluchy albo ogon, jestem tego pewny, pomyślał Bóg, jednak nie powiedział tego na głos, żeby nie dać po sobie poznać, że może mieć z czymkolwiek trudności czy cierpieć na brak motywacji.
Czwartego dnia Bóg poczuł większą moc i zaczął recytować duńskie zdania jak gdyby z większą łatwością, jednak lektor popsuł wszystko wtrącając jakieś rozbudowane objaśnienia gramatyczne, czym niepotrzebnie skomplikował i tak niełatwą sprawę.
- To proste, tak jak w angielskim. Jak to będzie po angielsku? – zapytał.