Znieczulica

W ramach pokazania światu swojej krzywdy i społecznej niesprawiedliwości powiesił się na latarni przy jednej z najbardziej ruchliwych ulic miasta.
Silny wiatr targał jego zwłokami we wszystkie strony, nie oszczędzając ich wcale.
Ludzie ślimaczyli się po chodniku, spoglądając na zegarki oraz reklamy. Stękali od ciężaru towarów zakupionych w pobliskiej galerii handlowej. Przeżuwali hamburgery kupione w światowej sławy restauracji. Ciągle się śpieszyli, choć nie wiedzieli, dokąd i po co. Dzwoniły komórki kakofonią melodyjek.
A Marcin wisiał.
Dopiero po trzech dniach zaalarmowano policję.
Uczyniła to lekko niedowidząca, cherlawa staruszka. Sprawiała wrażenie zmęczonej i zdenerwowanej. Miała delikatnie podkrążone oczy.
Przyjechała policja i pogotowie. Pogotowie szybko odjechało, gdyż nie było do niczego potrzebne. Zamiast pogotowia przybyli niewinnie wyglądający panowie z równie niewinnie wyglądającym czarnym workiem.
Natychmiast zebrał się tłum gapiów. Z jakiegoś powodu ludzie przestali się śpieszyć. Postawili ciężkie torby na chodniku. Niektórym odbijało się po hamburgerach. Ludziom, nie torbom.
Był wtorek, godzina 11:42.
- To mówi pani, że od kiedy tu wisi? - zapytał staruszkę policjant.
- No przecie mówię, że od niedzieli! - zawołała staruszka, przytupując cherlawą nogą dla podkreślenia mocy swoich słów.
- To dlaczego pani dopiero dzisiaj zadzwoniła? – policjant zmarszczył brwi i chyba lekko się zdenerwował.
- No bo, panie, tak się blisko okna powiesił, a tu wiatr taki, majta nim w te i we w te, całą noc mnie kopytami w parapet stukał, że się w ogóle nie wyspałam!