Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Trener nowych czasów

Walka z systemem, czyli czasem trzeba...

11 maja 2017

W większości przypadków cały proces przebiega tak: ktoś chce się uczyć języka, więc zasięga informacji, dowiaduje się, czego może...

Trener a nauczyciele, którzy (chyba) na zawsze pozostaną uczniami

20 grudnia 2013, komentarze (3)

Miałem ostatnio styczność z grupą nauczycieli, którzy chcieli zapoznać się z podstawami neurolingwistycznego programowania i znaleźć sposoby lepszego radzenia sobie w pracy z uczniem. Z uczniem typowym, szkolnym, często trudnym, który robi wszystko, aby dać się nauczycielowi we znaki.

Czyli – klasyczna sytuacja: w zabawie biorą udział dwie strony, przeważa nastawienie obojętne z tendencją do negatywnego, bo w końcu co mi tam jacyś będą opowiadać, skoro ja i tak wiem lepiej. Tworzy się atmosfera galopującej niechęci, przy czym żadna ze stron nie chce ustąpić. Nauczyciel ma dziennik, uczeń ma prawa i rodziców o odrealnionych wyobrażeniach o zdolnościach swoich pociech.

A istnieje stare porzekadło, że jeśli nie możesz kogoś pokonać, lepiej się z nim zaprzyjaźnij. Może to dobra wskazówka dla typowego nauczyciela, przecież uczniów i tak jest więcej, a wiadomo przecież, że i Herkules d***, kiedy ludzi kupa.

No i temu właśnie miały służyć tamte warsztaty: jak rozpoznać sposób funkcjonowania ucznia (czy generalnie każdego rozmówcy) i przemówić do niego językiem, który ten będzie w stanie zrozumieć. Czyli – jego językiem. Mówiliśmy o systemach reprezentacyjnych, czyli wzrokowcach, słuchowcach, kinestetykach, poruszyliśmy temat sposobów uczenia się i przyswajania wiedzy (m.in. podobieństwa – różnice) szukaliśmy także sposobów, jak tę wiedzę – którą większość uczestników znała w teorii – przełożyć na praktyczne zastosowanie na zajęciach.

I tu doszło do niespodzianki (choć z perspektywy czasu nie do końca jestem o tym przekonany) – nauczyciele bronili się przed samodzielnym wypracowaniem własnych technik radzenia sobie z uczniami, których przecież oni doskonale znają! Większość z nich chciała dostać magiczną różdżkę, dzięki której zaczarują ucznia i zamienią go w sparaliżowaną niemowę. Taki uczeń nie przeszkadza ani się nie mądrzy. Nie wykonuje też żadnych zadań ani ćwiczeń, ale to już drugorzędna sprawa. Chcieli dostać rybę, a nie wędkę! Ryba była, owszem, ale to przecież dzięki wędce można zdobyć kolejną porcję pożywienia.

Była i druga niespodzianka, i to w zasadzie ona odgrywa główną rolę w tym wpisie: kiedy typowy nauczyciel wyjdzie zza biurka i stanie się uczestnikiem szkolenia, warsztatów czy innych zajęć, natychmiast zaczyna się zachowywać jak uczeń, czyli: przeszkadza prowadzącemu i innym, rozmawia z kolegami i różnymi filozoficznymi komentarzami stara się zakłócić przebieg zajęć. Oczywiście, że na takich gagatków są sposoby, jednak nie o tym chciałem tu mówić.

Chodzi o to, że nauczyciel ma stanowić dla uczniów wzór, ma ich inspirować i zachęcać do tego, aby przejmowali odpowiedzialność za swoje życie. Tak postępuje trener, nauczyciel – jak pokazuje codzienność - jeszcze tego nie umie. Sprawa wygląda jednak tak, że to nauczyciel przejmuje nawyki uczniów i kiedy tylko nadarza się okazja, zaczyna się zachowywać jak rozwydrzony małolat. A wydawałoby się, że sprawowanie funkcji nauczyciela do czegoś zobowiązuje. Hm, może to chęć odwetu na jakimkolwiek prowadzącym, może to niezrozumienie nowego położenia (jako uczestnik zajęć, a nie prowadzący). Zastanawiam się, czy ktoś taki nie idzie potem do marketu i nie wyładowuje swojej frustracji na niewinnej, zmęczonej kasjerce.

Moim skromnym zdaniem, prawdziwe uczenie się polega na umiejętności zastosowania zdobywanej wiedzy we własnych działaniach. To pociąga za sobą przejęcie odpowiedzialności za to, co robimy. Tylko że zrzucenie odpowiedzialności jest znacznie bardziej wygodne. Wtedy wszyscy wkoło są winni, a główny zainteresowany, podobnie jak typowy polityk – „nie ma sobie nic do zarzucenia”.

Czy tamte zajęcia się udały? Tak, bo nauczyłem się wielu rzeczy, chociażby tej, że z metaforycznym myśleniem nie jest w ciele pedagogicznym najlepiej, więc wszystko, co się robi, trzeba – jak powiedział Einstein - „robić tak prosto, jak tylko się da, ale nie prościej”.

3 komentarze

lilith, 21.12.2013, 20:32

Mam podobne doświadczenia w pracy z nauczycielami czynnymi. Pragnę jednak podzielić się doświadczeniem pracy ze studentami, którzy dopiero przygotowują się do zawodu nauczyciela. Podczas prowadzenia konwersatorium z antropologii kulturowej z grupą PRZYSZŁYCH nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej uderzyło mnie to, że czterdzieści pań z uporczywą determinacją notowało to, co mówiłam. Prowadzę ćwiczenia metodą sokratejską, polemiczną, w której istotny jest proces dochodzenia do wiedzy, a nie encyklopedyczny wykład. Dlatego byłam zszokowana, że nawet moje żenujące żarty były skrupulatnie zapisywane równym, czytelnym pismem. Na sali panowała idealna, bolesna cisza. Doświadczyłam wtedy ataku paniki, coś mi nie grało, jakby jakaś bliżej nieokreślona wrogość czaiła się pod ścianami sali. Prosta na wykresie EEG czterdziestu niewieścich mózgów. Niepokorna część mojego umysłu postanowiła zrobić coś głupiego, irracjonalnego. Zobaczyć, czy jakaś nieciągłość wyrwie czterdzieści ?śpiących? kobiet z drętwoty bez-myślenia. Zagaiłam coś o inwazji kosmitów, dobroczynnym wpływie spożywania ludziny na rozwój pamięci i takie tam... Atmosfera wzajemnej niechęci jeszcze bardziej się zagęściła. Długopisy jednak nadal wydawały drażniące odgłosy skrobania. Postanowiłam więc zamilknąć, zakładając, że poprzez milczenie nawiążę kontakt ze studentkami. Nic bardziej mylnego, nadal byłam niewidzialna, a prosta EEG nadal prosta. Żadna z pań nie zainteresowała się, czy może właśnie doświadczam zabójczego zawału serca, za to jak na komendę wyjęły telefony i wprawnymi szybkimi ruchami zaczęły pisać smsy. Jeszcze bardziej szatańska myśl przemknęła mi wtedy przez głowę. Pomyślałam, że może zacznę okładać się pięściami, jak bohater filmu Fight Club. Niestety nie starczyło mi odwagi na ten desperacki krok. Dałam za wygraną. Wśród wykładowców grupa uchodziła za absolutnie ulubioną, dla mnie był to ucieleśniony koszmar. Poniosłam klęskę. Zaczęłam się wtedy zastanawiać, jakiego TYPU ludzi przyciąga zawód nauczyciela. Oczami wyobraźni zobaczyłam zawsze starannie uczesane, grzeczne dziewczynki, które godzinami bez przyjemności ślęczą nad nudną gramatyką, tylko po to, żeby ?zasłużyć? na uśmiech matki. Dziewczynki ( ew. chłopców), które odczuwają przyjemność i świętojeb....poczucie spełnionego obowiązku, kiedy donoszą na innych.Takie, które zamiast łazić po drzewach, buszować w zbożu, kraść jabłka z ogródka sąsiada, zawsze postępują POPRAWNIE i WŁAŚCIWIE, bo tylko tak czują się bezpieczne. Takie, w których rośnie wrzut niechęci, kiedy zazdrośnie zerkają przez okno i widzą jak inni wiszą na trzepaku, albo robią potrawkę w dżdżownicy:) Tak, za wyborem tego zawodu najczęściej nie stoi zachłanna ciekawość świata, czy potrzeba twórczego kontaktu z innymi. Bardzo często nauczyciele to ofiary czyjś ambicji, braku akceptacji, wygórowanych wymagań. Za ?wyborem? tego zawodu nie idzie wartość pozytywna, lecz deficyt, ucieczka przed życiem i odpowiedzialnością. Nadmierna kontrola, która uśmierca myśl, mrozi innych, zabija pasję...smutne, prawda???

lilith, 21.12.2013, 21:18

chodziło mi o wrzód, nie o wrzut:))). Warto czasami sprawdzić ortografie tego co się wysyła. Ale wtopa!!

Dor, 27.12.2013, 16:25

I na co było tak się gimnastykować, panno lilith, trzeba było przepisać jakie mądrości z książek, rzucić to wszytsko na jakieś slajdy i po krzyku, niech przepisują! Komu się dzisiaj chce myśleć i dochodzić do wiedzy, to jakieś niemodne się zrobiło. gdzieś to tu było chyba, że nie oczekuj myślenia, to się nie zawiedziesz.