Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Nauka języków

Masakra, tragedia i koszmar, czyli jak zabijać radość z nauki

7 grudnia 2013, komentarze (3)

To, jakich słów używamy, wpływa na to, jak się czujemy i co osiągamy. I na odwrót.

Co to ma wspólnego z przyswajaniem nowego języka?

Nauka języka to BARDZO ciężka praca - jeśli tak podejdziesz do tematu, to nauka języka faktycznie okaże się ciężką pracą. A wcale nie musi tak być.

Przy każdej nadarzającej się okazji powtarzam uczestnikom moich warsztatów, że tak naprawdę sukces zależy od ich nastawienia, które potem przekłada się na zaangażowanie i osiągane efekty.

Na początkowym etapie nauki wszystko idzie bardzo dobrze, bo efekty pojawiają się natychmiast: po prostu zaczynasz prowadzić rozmowę w nowym dla ciebie języku. I o to przecież chodzi. Wystarczy podtrzymać to działanie.

Jednak potem pojawiają się bardziej zaawansowane struktury, no i wypadałoby trochę się przyłożyć, aby podtrzymać tę pierwotną płynność. „Przykładanie się” wymaga zasadniczo tylko tego, aby nowy materiał utrwalać. Wszyscy wiemy – mam nadzieję - że to, co niećwiczone i nieutrwalone, po prostu zanika. A tym bardziej nowy język: proste słówka, zdania, pytania…

Niby proste, jednak bez powtarzania wszystko w okamgnieniu wyparuje z głowy.

Tu bardzo często ujawnia się stara jak świat skłonność do szukania wymówek. Jeśli komuś nie chce się uczyć, to kombinuje, jak by to usprawiedliwić – naturalny ludzki mechanizm. Pierwotna motywacja gdzieś się rozmywa.

W takich sytuacjach lubię zapytać: „Kto tak naprawdę odpowiada za twoje postępy?” albo „Dla kogo właściwie udajesz, że się uczysz?”.

No i się zaczyna: „to wszystko takie trudne, ten język to jakiś koszmar, no tragedia te zdania, masakra jakaś, ja się tego nigdy nie nauczę.” Z takim nastawieniem efekty będą raczej słabe.

Pojawiają się też inwokacje religijne: biorąc pod uwagę fakt, że – poprawcie mnie, jeśli się mylę -  Duch Święty dał apostołom dar języków, ma to nawet pewien sens. Czy to jakoś się objawia na zajęciach? Nad głowami nie palą się ogniki, raczej kanał audialny daje o sobie znać: co rusz słychać odwołania do całej Trójcy Świętej.

Kiedyś prowadziłem zajęcia z grupą, w której odwołania do sił wyższych były bardzo częste. W pewnym momencie postanowiłem przeprowadzić następujący eksperyment: za każdym razem, gdy ktoś przywoływał postać religijną, robiłem kreski na tablicy. Po godzinie na tablicy było ok. 60 kresek, co oznacza, że średnio co minutę ktoś wykonywał religijne zawołanie.

Czy to wołanie pomogło? Nie. Na czym zatem lepiej się skoncentrować? Na sobie i na tym, czym się aktualnie zajmujesz – czyli ćwiczeniu nowych zdań, struktur, w skrócie: języku, którym właśnie zaczynasz się posługiwać.

Skoncentrować się i ćwiczyć. To recepta na sukces. Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.

Trening czyni mistrza. No, prawie. O tym wkrótce.

3 komentarze

język jest cool, 11.12.2013, 16:21

Ja podszedłem jakoś inaczej - jak już mi się nie chciało uczyć, powtarzałem w kółko dupa, dupa, dupa, mam to gdzieś, nie chce mi się, a potem na kursie pojawiły się fajne dziewczyny i znów mi sie zachciało. gorszy nie bedę przecież. Czasem mi się wydawało, że te dziewczyny wyczarowałem, he he.

La(jkon)ik, 12.12.2013, 12:50

Angielski jest fajny! - z takim nastawieniem wziąłem się za angielski i nawet nieźle mi szło, ale potem zabrakło czasu na to, o czym piszesz - ćwiczenie. No i trochę mi się to rozeszło po kościach. Chociaż pewnie i na to znajdzie się jakaś rada, co? :)

Mariusz Włoch, 16.12.2013, 20:04

Z tym czasem to jest chyba tak, że musimy go sobie jakoś zorganizować. Wszyscy mamy przecież tylko 24 godziny. W mądrych książkach pojawiło się wiele metafor na temat organizowania czasu, mi podoba się taka: czas, np. doba, jest jak kartka papieru i od każdego z nas zależy, jak ją zagospodaruje - można pisać po niej równym, ładnym pismem, a można też bazgrolić, kreślić i wprowadzać chaos. Niemniej jednak mamy tylko tę kartkę :)