Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Trener nowych czasów

Walka z systemem, czyli czasem trzeba...

11 maja 2017

W większości przypadków cały proces przebiega tak: ktoś chce się uczyć języka, więc zasięga informacji, dowiaduje się, czego może...

Kiedy prowadzący staje się bezsilny...

27 października 2013, komentarze (3)

Młodego nauczyciela zaskakuje wiele rzeczy: niechęć uczniów, niechęć innych nauczycieli, brak papieru, aby skserować materiały dydaktyczne. Ponadto musi „użerać” się z wszystkimi wokół: z dyrekcją, wychowawcami, księdzem, woźnym, kadrową, no i uczniami. OK., tak brzmi wersja pesymistyczna, aż tak źle przecież nie jest. Jednak pozostaje jeszcze jeden czynnik, którego nauczyciel – a także i trener  – powinien wystrzegać się jak ognia.

O ile to możliwe, prowadzący zajęcia powinien unikać kontaktu z rodzicami dzieci. Z jakiego powodu? Ano z takiego: wczoraj wpadł mi w oko dodatek do Gazety Wyborczej, Wysokie Obcasy (26 października 2013, NR 43 (750)), a w nim „List tygodnia”, który natychmiast przypomniał mi czasy, kiedy pracowałem w szkole państwowej.

Autorka listu, matka sześciolatka, opisuje to, co się działo podczas pierwszego zebrania rodziców. Oto najciekawsze fragmenty listu:

„Otóż już po pierwszym miesiącu nauki wśród rodziców sześciolatków skumulowała się taka ilość pretensji, że kolejno zabierając głos, przeprowadzili prawie całe zebranie. Pierwszy ojciec zaatakował nauczycielkę pytaniem, jakim prawem zdecydowała, w jakiej firmie jego dziecko będzie ubezpieczone, i stwierdzeniem, że nie życzy sobie, żeby stawiać go przed faktem dokonanym.

Następny ojciec zarzucał wychowawczyni, że przerwa między zupą a drugim daniem jest tak krótka, że drugie danie będzie zmarnowane.

Kolejny rodzic spytał, czy jest możliwość wprowadzenia czwartego języka, ponieważ nie ma w szkole włoskiego. Po poruszeniu tematu języków ruszyła lawina głosów obwiniających nauczycielkę, że minął już miesiąc nauki, a jeszcze nie słychać, żeby dzieci się nauczyły któregoś z języków.

Następne wystąpienie należało do jednej z mam. Owa pani dramatycznym głosem zapytała: „Czy zdają sobie państwo sprawę z tego, co wasze dzieci jadły dziś na obiad?” W tym momencie nawety ci rodzice, którzy dotąd nie brali udziału w dyskusji i przesuwali palcem po swoich iPhoneach, zamarli z zastygniętymi palcami. Otóż nasze dzieci popełniły karygodny czyn  i zjadły węglowodany razem z białkiem, czego absolutnie czynić nie należy… I tu nastąpił cały wykład z dietetyki na temat skoku insuliny itp., itd. Na koniec wykładu owa pani rozdała ulotki  z informacją o swojej firmie, która zajmuje się cateringiem, i zaproponowała, żeby to właśnie jej firma dostarczała zbilansowane posiłki dla naszych dzieci, jeśli tylko pani dyrektor wyrazi zgodę.

W międzyczasie głos zabrał jeden z rodziców proponujących kolejne zajęcia zawierające jakąś brazylijską technikę bezpiecznego przewracania się i padania…”

Kiedyś odwiedziła mnie w szkole (państwowej, oczywiście) matka jednego z uczniów, która powiedziała, że chyba słabo uczę, bo jej dziecko nie posługuje się zdaniami podrzędnie złożonymi. A o jakie konkretnie zdania podrzędnie złożone pani chodzi, zapytałem. Wyszła, nie mówiąc nawet do widzenia, co było w sumie dobre, bo nie chciałem spotkać tej pani ponownie.

3 komentarze

mama trochę zaangażowana, 29.10.2013, 18:05

Sytuacje gdzie rodzice są mocno "zaangażowani "w życie szkolne swoich pociech to znak naszych czasów. Dzieje się tak w wielu szkołach nie tylko państwowych. Mam wrażenie, że w nadmiarze korzystamy ze swobody wypowiedzi. Takie "przecięcie" w stosunku do poprzedniego systemu.

mama nastolatka, 30.10.2013, 21:22

Kiedyś rodzice po prostu na wywiadówce siedzieli cichutko czekając, żeby nauczyciel nie wyczytał jego dziecka na forum, że coś zmalowało, albo się nie uczy. Teraz dziecko najczęściej jest BOGIEM.

spokojny tata, 04.11.2013, 23:42

Byłem jakoś niedawno na wywiadówce córki i było coś podobnego, jak tutaj - mamunie rządziły, jedna nawet okna chciała wymieniać, inna uparla się że ktoś w szkole ma podobno wszy i trzeba coś z tym zrobić. niezły cyrk był, nauczycielka nie miała okazji się wypowiedzieć. Niech żyje inicjatywa rodzicielska!