Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Nauka języków

Gdy mama przyprowadza za ucho...

27 sierpnia 2013, komentarze (10)

Chciałbym dziś powiedzieć parę słów na temat pewnej kwestii, która podczas nauki języków (i nauki w ogóle) jest chyba najważniejsza, a zazwyczaj się ją pomija. Sprawa jest o tyle istotna, że za parę dni rozpocznie się nowy rok szkolny. Możliwe, że wielu z nas postanowi sobie coś z tej okazji obiecać – wezmę się za siebie, będę więcej ćwiczył, nauczę się płynnie mówić po hiszpańsku, itp.

I wszystko pięknie, wszystko działa, ale tylko do pewnego momentu. Bo właśnie w tym „pewnym momencie” okazuje się, że czegoś zabrakło. Czym jest to, co tak często ginie gdzieś po drodze procesu nabywania nowych umiejętności?

Motywacja.

Na początku się chce, potem się odechciewa. Co w takim razie należałoby z tym zrobić?

Istnieje kilka sposobów, aby utrzymać motywację. Oczywiście, motywację da się utrzymać, jeśli ona w ogóle jest, bo jeśli nie ma… O tym za moment. Na razie załóżmy, że motywacja jest. No to jak ją utrzymać?

Z reguły do nauki motywuje silna, nagląca potrzeba – jeśli potrzebujesz się czegoś naprawdę nauczyć i chcesz to zrobić, to się nauczysz. Pokonasz wszystkie niedogodności, typu brak czasu (wymówka), natrętna rodzina (wymówka) czy nagła konieczność udzielenia pomocy koledze (wymówka). To tak jak z pójściem do toalety – jeśli dopadnie cię silna, nagląca potrzeba, najpierw szukasz wolnej kabiny, zamiast przejmować się czasem, rodziną czy kolegą.

Człowiek z reguły bierze się za coś nowego z dwóch zasadniczych powodów – chce sprawić, żeby było mu lepiej, albo zrobić coś, żeby już nie było mu tak źle (czyli zasadniczo lepiej). Znam wiele osób, które zaczynają naukę języka, na początku coś tam nawet robią, jednak po pewnym czasie pojawia się tyle przeszkód, że nie dają rady uczyć się dalej. W rezultacie tylko rozgrzebują temat, wydają pieniądze i zostawiają napoczęty język (do którego jeszcze nie raz będą wracać z podobnym skutkiem).

Nowy język trzeba ćwiczyć. Ciągle, cały czas, bezustannie. Nie wystarczy popatrzeć w książkę, kiwnąć głową, że się rozumie, pooglądać jakieś końcówki gramatyczne – to tylko substytut, namiastka. To tak jak ze sportem – jeśli przestaniesz ćwiczyć, mięśnie ci zwiotczeją, stracisz kondycję i nie będziesz w stanie osiągać lepszych rezultatów. Albo z grą na perkusji – bez ćwiczenia będziesz mieć drewniane ręce i nogi, a w takim stanie, uwierz mi, gra się naprawdę ciężko.

A co zrobić z takim kandydatem na ucznia, którego mama przyprowadza za ucho i mówi, że "on musi się nauczyć"? To dotyczy także dorosłych. Tu sprawa jest bardzo trudna. Bo jeśli główny zainteresowany nie chce się czegoś nauczyć, to się nie nauczy. Ktoś taki bardzo łatwo udowodni, że niczego się nie nauczył, po to przecież przyszedł na zajęcia. W takim przypadku wszelkie metody naukowe i nienaukowe można wyrzucić na śmietnik.

Bądźmy jednak dobrej myśli - gdy taka osoba zrozumie, że uczy się dla siebie i że nikt jej tego nie odbierze, sprawa przybiera inny obrót. Człowiek lubi robić coś, co mu sprawia przyjemność. A uczenie się może i powinno sprawiać przyjemność. Bo to motywuje i napędza. Chyba teraz nadszedł dobry moment, żeby się nad tym zastanowić. Wrzesień rozpoczyna się za parę dni.

To jak to jest z tą twoją motywacją?

10 komentarzy

Zaneta, 27.08.2013, 23:08

powolutku ale do przodu :)

Mariusz Włoch, 28.08.2013, 10:37

Żaneta - niektórzy po prostu potrzebują więcej czasu, żeby podjąć tę właściwą decyzję. Najważniejsze, że w końcu ją podejmują.

Jadzia, 28.08.2013, 17:48

właściwie postawiony cel to najlepszy napęd!

maria, 28.08.2013, 18:29

można odwrócić twoje rozumowanie i zadać pytanie, ile trzeba poświęcić, żeby coś osiągnąć. Rodzina, przyjaciele nie są wymówkami, ale kwestią priorytetów. Doba ma 24 godziny i wierz mi, że poświęcenie jednej godziny dziennie na naukę, to znaczne mniej czasu dla innych, koniecznych z punktu widzenia praktycznego aktywności. I chyba tylko naiwny twierdziłby, że nauka zawsze i w każdej sytuacji sprawia przyjemność. Po okresie euforii, następuje zderzenie z trudną prawdą, że to jednak trochę trwa. Biegłość w jakiejś dziedzinie to raczej kwestia stalowej woli, niż wynik pracy endorfin, które tą biegłość mają pomóc nam osiągnąć.

Mariusz Włoch, 28.08.2013, 22:39

Mario, masz rację - wszystko jest kwestią priorytetów. Mimo to uważam, że jeśli ktoś chce się wziąć za nabywanie nowych umiejętności (np. języka), a jednocześnie wie, że nie poświęci na to ani czasu ani energii, to lepiej niech się nie bierze. Przynajmniej priorytety pozostają jasne.

Jadzia, 28.08.2013, 23:23

Nie ma co odwracać rozumowania - jeśli człowiek ma osiągnąć coś nowego wiąże się to nieodmiennie ze zmianą, choćby najmniejszą. A każda zmiana, nawet ta mikroskopijna boli, czasem nawet bardzo, bo chcąc osiągnąć cel musimy ruszyć się z naszej strefy komfortu. Czasami to ogromne wyzwanie powiedzieć partnerowi, że czegoś nie zrobię, bo jestem zajęta przykładową nauką języka. Często jednak dużo trudniej przyznać się samemu przed sobą, że tak naprawdę tego nie chcę, ba, nie wiem, czego tak naprawdę chcę. I tu jest pies pogrzebany! Powtórzę się - jedynie właściwie postawiony cel może ruszyć nasze dupy z wygodnego fotela.

maria, 29.08.2013, 10:19

to nie jest kwestia, czy ktoś wie ile czasu będzie mógł czemuś poświęcić, bo tego nie da się zawsze precyzyjnie przewidzieć. Bardziej odnoszę się to twojego założenia, że nauka powinna sprawiać przyjemność. Nie zawsze tak jest. Jeżeli przyjąć, że robię tylko to, co sprawia mi przyjemność, to jeśli chodzi o mnie nie schodziłam bym w doliny, bo tylko tam na górze jest mi przyjemnie. Wydaje mi się, że hedonizm nie jest dobrym punktem wyjścia. Przyjemność nie może być kryterium wyboru. Ważniejsza jest świadomość celów. Tylko to chciałam napisać.

Mariusz Włoch, 29.08.2013, 13:03

Mario - o świadomości celów napisała Jadzia, więc nie będę się już do tego odnosił. Zatem - czas nauki czy większości czynności można przewidzieć tylko do pewnych granic, więc tu sprawa jest jasna. Co do hedonizmu - absolutnie nie twierdzę, że to punkt wyjścia w nauce. Niemniej jednak nastawienie na czerpanie radości jest bardzo wskazane, bo po co robić coś, czego się nie lubi. To tak jak z seksem małżeńskim - jeśli nastawisz się, że to przykry i smutny obowiązek, seks z mężem będzie ci sprawiał przykrość, choćby nie wiem jak wspaniały się okazał (i mąż, i seks). Jeśli nastawisz się, że to fajna rzecz, taki twój seks małżeński się stanie. Kwestia nastawienia. Z drugiej strony, nawet w tym, co wydaje się na pierwszy rzut oka żmudne i męczące, można dostrzec plusy - a wtedy warto się ich trzymać, zamiast szukać dziury w całym. PS. Co do schodzenia z gór - pomyśl, że jeśli zejdziesz, znów będziesz mogła na tę górę się wspiąć. I możesz siedzieć tam tak długo, aż zgłodniejesz. A wtedy z przyjemnością zejdziesz na dół.

maria, 29.08.2013, 15:54

Przede wszystkim tradycyjnie rozróżnia się dwa rodzaje potrzeb fizjologiczne ( powiedzmy, że również niektóre psychologiczne) i duchowe. Zaspakajanie potrzeb fizjologicznych przynosi ulgę, czyli można śmiało powiedzieć daje przyjemność. Seks z mężem, czy bez męża zawsze jest przyjemny z takiego punktu widzenia. Nastawienie nie ma tu nic do rzeczy, jeśli ciału się chce, to każde zaspokojenie jest ok. Pogląd radykalny, zwany w starożytności cynizmem ( gr. Kyon- pies):) Natomiast potrzeby duchowe to inna historia, zaspokojenie ich wymaga trochę zachodu. Zgodnie z twoją argumentacją, powinno być tak, że jeżeli pójdę z pozytywnym nastawieniem na PIŁĘ VI, to przeżyję spektakularny orgazm duchowy. Wybacz Mariusz, ale takie myślenie trąci trochę redukcjonizmem. Nie wierzę w to, że można człowieka redukować do maszyny, którą da się zawsze warunkować. Obawiam się, że tzw. "pozytywne myślenie", zastępuje często MYŚLENIE w ogóle.

Jadzia, 29.08.2013, 17:41

A tak z ciekawości - o czym wy piszecie??? Miało być o motywacji w nauce języków obcych, ale może to mi się tylko tak wydawało....