Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza...

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe...

Radość i melancholia, czyli...

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii....

Dejot Kaczka, czyli tu nie będzie...

30 grudnia 2017

Koniec roku już jutro, więc od jakiegoś czasu trwają wszelakie podsumowania, zestawienia, wybory najpiękniejszych sukienek noszonych przez...

Wyprawa do Cedynii, czyli uważaj na helikoptery!

22 sierpnia 2013, komentarze (4)

Wszystkim zapalonym rowerzystom, zwłaszcza tym lubiącym dłuższe trasy, chciałbym zaproponować przejażdżkę do Cedynii. A konkretnie pod pomnik upamiętniający bitwę z 972 roku.

Trasa jest długa, nie ma co ukrywać, bo w jedną stronę jest prawie 90 km. Pojechałem tam w sobotę, 10 sierpnia. Planuję powtórzyć ten wyczyn, głównie z tego powodu, że trasa jest niezwykle malownicza i relaksująca. Jechałem po stronie niemieckiej, praktycznie cały czas wzdłuż Odry, po ścieżkach rowerowych, także sławnej Oder-Neisse-Radweg.

Przebieg trasy: ze Szczecina drogą asfaltową pojechałem do Gartz. Potem w Gartz wskoczyłem na Oder-Neisse-Radweg, którą dotarłem do Schwedt. Parę kilometrów przed miastem można przejechać na drugą stronę kanału – jest tam taki drewniany mostek nad starą śluzą. Ścieżka po drugiej stronie jest mniej zatłoczona, więc dla tych, którzy nie lubią tłoku, jazda staje się przyjemniejsza.

Kolejny etap to Schwedt – Hohenwutzen, gdzie znajduje się przejście graniczne do Osinowa Dolnego. Oczywiście można wrócić do Polski już w Krajniku Dolnym, tyle że jazda po niemieckiej stronie jest zdecydowanie bardziej komfortowa. Do Hohenwutzen jedzie się bardzo przyjemnie – wokół zielono, można podziwiać przeróżne gatunki ptaków i słuchać ich odgłosów. Trasa jest dobrze oznakowana i nawet w pewnym momencie się rozgałęzia – można trzymać się Oder-Neisse-Radweg, można też jechać prosto – wtedy jedzie się po prostu wzdłuż rzeki, elegancką asfaltową ścieżką (tę część trasy oznakowano farbą na asfalcie jako Oder-Neisse-Radweg alternativ).

W Hohenwutzen odbiłem na Osinów Dolny, przejechałem granicę, minąłem miejscową infrastrukturę pod postacią marketów, straganów i stacji benzynowych, gdzie masowo zaopatrują się Niemcy. Jakieś dwa-trzy kilometry dalej zsiadłem z roweru i spojrzałem z dołu na stojący na szczycie wzgórza majestatyczny pomnik.

A potem wziąłem rower pod pachę i wszedłem na „pierwszy poziom”, tzn. coś w rodzaju parkingu mieszczące się jakieś 12 stopni nad poziomem drogi. Tam postanowiłem odpocząć, czekała mnie w końcu droga powrotna. Rozsiadłem się na murku, zdjąłem kask, buty i spożyłem baton, którego nazwy nie mogę wymienić, gdyż opowieść ta nie zawiera lokowania produktu.

Kiedy przyjechałem, na „pierwszym poziomie” stała karetka – widoczna na zdjęciu. Okazało się, że ze schodów spadło dziecko i mocno się poturbowało (ta sprawa była zresztą opisywana w gazetach). Parę minut później przyjechali policjanci. A zaraz po nich na niebie zamajaczył helikopter. Helikopter zaczął schodzić coraz niżej – byłem przekonany, że wyląduje na pobliskiej łące, warunki miał tam doskonałe. Okazało się, że pilot postanowił wylądować tuż obok karetki. Nie było czasu uciekać, bo inwentarz miałem rozczłonkowany i w sporym nieładzie. No i stało się – helikopter narobił takiego wiatru, że przewrócił się oparty o murek rower, kask poleciał kilkanaście metrów w trawę, buty porozjeżdżały się po parkingu, z głowy zwiało mi bandanę. Trzymałem to, co zdążyłem złapać – reszta  dobytku rozpierzchła się we wszystkich możliwych kierunkach. Podejrzewam, że dla postronnego widza musiałem stanowić przekomiczny widok – wszystko ucieka, bo wiatr tak mocno wieje, że ledwo człowieka nie porwało.

Jakoś przeżyłem to tornado. I nauczyłem się jednego – jeśli zauważysz, że zbliża się do ciebie helikopter, wiej czym prędzej w ustronne miejsce, bo rozwieje ci dobytek i nawrzuca piachu w zęby.

Poturbowanego dzieciaka przetransportowano do szpitala klinicznego nr 1 w Szczecinie – znalazłem na ten temat notatkę w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej z 12 sierpnia. Rzeczniczka szpitala powiedziała: „Początkowo dziecko trafiło na oddział intensywnej terapii. Ale już przeniesione jest na oddział chirurgii dziecięcej na obserwację. Jego stan jest dobry.” To dobrze.

Droga powrotna do Szczecina minęła jakoś szybciej – pomagał mi wiatr. Łączna długość trasy: 176 km. Czas jazdy: 5 godzin, 56 minut. Plus pół godziny odpoczynku pod pomnikiem i drugie pół z konsumpcją kanapki w Schwedt.

Polecam tę trasę. Tylko miejcie głośny dzwonek, bo niektórzy rowerzyści jeżdżą w parach i w ogóle nie myślą o tym, że ktoś może chcieć ich wyprzedzić. Miłej wycieczki!

I uważajcie na helikoptery!

4 komentarze

Kolarz, 23.08.2013, 15:19

Też czasami jeżdżę tą ścieżką. Szkoda, że u nas nie można doczekać się takich rowerowych luksusów. A gdzie jest ta piękna ścieżka ze zdjęcia przy pierwszym wpisie w tej zakładce? Bo na Polskę to mi nie wygląda:)

Mariusz Włoch, 24.08.2013, 20:26

Tamta ścieżka znajduje się w centrum Trondheim w Norwegii. Dodatkowo jest tam jeszcze takie specjalne urządzenie, które liczy rowerzystów - jedziesz sobie, a tablica mówi, że jesteś dziś rowerzystą nr taki a taki. Jak widać, kontrola w Norwegii dotyczy wszystkiego :)

, 27.08.2013, 16:17

E tam zaraz kontrola. Wyobraź sobie, że jesteś 176 rowerzystą, a to oznacza że prawdopodobnie przed tobą 175 osób zamiast samochodem przyturlało się na rowerze. Czyż to nie brzmi optymistycznie...?:) rm

Mariusz Włoch, 28.08.2013, 10:33

Racja - brzmi optymistycznie, bo gdyby zamiast jeździć samochodami ludzie przesiedli się na rowery, trochę by się nam krajobraz zmienił. I powietrze mielibyśmy w jakimś stopniu czystsze. I ludzie pewnie czuliby się lepiej, bo ruch to zdrowie! :)