Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Nauka języków

Bar dla niemieckich turystów?

6 lipca 2013, komentarze (3)

Czasem tak się dzieje, że całkiem niewinne słowo w jednym języku wywołuje dziwne, czy wręcz nieprzyzwoite skojarzenia w innym.
Jednym z najbardziej popularnych przykładów może tu być niemieckie słowo zakręt, po niemiecku brzmiące Kurve. Jak łatwo się domyślić, Polacy mają z powodu tego podobieństwa brzmieniowego nie lada uciechę i często go używają – słuchający Niemiec mógłby pomyśleć, że polskie drogi są pełne zakrętów.
Wiele przykładów tego typu znaleźć można w polskim i czeskim – Polacy i Czesi ciągle sobie udowadniają, że język sąsiada jest naprawdę zabawny. Osławiony już netoperek, krtek czy inne stwory budzą w Polakach uśmiech, podczas gdy Czesi wprost pękają ze śmiechu na dźwięk polskiego się, które to według nich, szeleści i przeszkadza w słuchaniu.
No i lepiej nie pytać Czecha, czy szuka swojej żony, gdy nie wie, dokąd poszła, bo może się zdenerwować.
Ostatnio w Norwegii zauważyłem bank o ciekawej nazwie devotek Bank – żartowaliśmy sobie, że w tym banku najwyraźniej oszczędzają starsze, religijne panie. Wyjaśnię, że nie mam pojęcia, czy ów bank zajmuje się czymś szczególnym, poza, oczywiście, normalną działalnością bankową. Mógłbym sprawdzić to we wszechwiedzącym Internecie – i pewnie zaraz mi się oberwie, że jeszcze tego nie zrobiłem – ale po prostu mi się nie chce. Kto chce, niech sprawdza we własnym zakresie.
Także litery i cyfry na tablicach rejestracyjnych – zarówno zagranicznych jak i krajowych – mogą układać się w ciekawe konfiguracje. W Szwecji na przykład wyprzedził mnie ostatnio samochód z hasłem HEJ, więc poczułem się w pewien sposób powitany. Jeździły także inne mutacje tego słowa, których, niestety, nie mogę tutaj zamieścić.
A żarówki Osram?
A osprzęt rowerowy Sram?
Takich przykładów znaleźć można naprawdę dużo.
To może jeszcze ostatni. W Trondheim znajduje się bar, który nazywa się Raus. Po norwesku słowo to oznacza hojny, szczodry, po niemiecku wynocha!. Ilekroć tamtędy przechodzę, zawsze się zastanawiam, czy przychodzą tam jacyś niemieccy turyści, których zresztą w Norwegii jest naprawdę dużo.

3 komentarze

m;), 14.07.2013, 19:58

Interesujące może być pytanie, czy można o czymś pomyśleć, czego nie ma w języku. Jak można mówić o przeszłości, nie znając kategorii gramatycznej czasu przeszłego, albo co by się stało gdyby jednym słowem określano różne jakości, na przykład kolory. W pierwszym przypadku rozwiązanie przynoszą doniesienia antropologów badających język Indian Hopi, którzy nie mają kategorii temporalnej czasowników (czasu przeszłego i przyszłego) w gramatyce. Dla Indian Hopi przeszłość nie istnieje, a przyszłość jest teraźniejszością. Mieszkańcy tych szczęśliwych plemion są przekonani, że czasu nie ma. Co więcej nie znają kalendarza. Żyją sobie beztrosko ciągle w tym samym dniu, zawsze tak samo od wieków. Jestem pewna, że Indianie Hopi nie mogą pochwalić się imponującą literaturą historyczną. A kłótnie rodzinne, z rodzaju ? a nie mówiłam!!!? nie mają miejsca. Problem w tym, że kategoria czasu nastręcza dodatkowych problemów. Przed odkryciem ludów Hopi uważano, że pojęcie czasu wpisane jest w głębokie struktury myślenia, bez względu na znajomość języka. Innymi słowy myślenie temporalne należy do stałego oprogramowania mózgu. Bez kategorii czasu w umyśle pomyśleć o czymś się po prostu nie da. Wynika z tego, że albo stara teoria pana o wymownym nazwisku Kant, a imieniu Immanuel ( proszę mi wierzyć, że postać tego pana, nie było pierwowzorem dla głośnych filmów erotycznych Immanuelle) jest do bani, albo Indianie Hopi to nie jednostki ludzkie.... takie stwierdzenie, trąci niestety nieco niepoprawnością polityczną. Jedno jest pewne, utarte i bez dowodu przyjmowane założenie o istnieniu kategorii czasu w umyśle zostało ośmieszone, zdyskredytowane, wystawiane na próbę... A co by się stało, gdybyśmy określali tym samym słowem kolor niebieski i zielony??? Słynny eksperyment, znany pod nazwą eksperyment Browna-Lenneberga odpowiada na to pytanie. W wielkim skrócie polegał on na tym, że przedstawiciele różnych kultur, czyli języków mieli poukładać według koloru karteczki o kolorze zielonym, niebieskim i czerwonym. Japończycy do jednej kategorii przyporządkowali zielony i niebieski. Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ japońskie słowo aoi oznacza zarówno zielony jak i niebieski:). Zdolności postrzegania japońskich studentów poddanych badaniu nie różnią się od możliwości innych ludzi. Kategoria znaczeniowa, w tym przypadku nazwa koloru określana jest tak samo dla dwóch różnych jakości. Jest to silny dowód na to, że język determinuje postrzeganie świata. Japończycy po prostu nie widzą różnicy między tymi dwoma kolorami. Jak widać język i jego struktura nie jest pojęciem uniwersalnym. A co najważniejsze, to co mówimy wpływa na to JAK i CO widzimy. Brak jakiegoś pojęcia lub jednostki gramatycznej uniemożliwia w ogóle MYŚLENIE o tym.

he he, 23.01.2014, 13:54

to dopiero wywód się trafił! komentarz dłuższy od wpisu

he he, 23.01.2014, 13:56

i jakby lekko rozminął się z tematem