Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Trener nowych czasów

Orka na ugorze, czyli hospitacja wszech czasów

28 lutego 2019, komentarze (2)

Dziś tłusty czwartek, a tu jednocześnie przypada pewna rocznica, która w żaden sposób nie wiąże się z obrzędem nałogowego pożerania pączków. To taka moja prywatna rocznica, bo dokładnie 14 lat temu definitywnie zakończyłem współpracę z państwową placówką dydaktyczną, potocznie zwaną szkołą. Patrząc z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, że był to jeden z tych dni, kiedy w życiu robi się jakoś lżej, choć kariera w szkole stała otworem… Byłem nauczycielem mianowanym, szefem zespołu samokształceniowego, opiekunem stażu paru młodych nauczycieli itd. Jednym dydaktycznym słowem – nic tylko nauczać, nauczać, nauczać. A jednak…

Każdy, kto zagląda na tę stronę i od czasu do czasu czyta moje wypociny, zna mój stosunek do państwowych firm, zwłaszcza tzw. oświatowych. W skrócie – nic rozwojowego tam człowieka raczej nie spotka. Procedury, durne przepisy, sterta bezsensownych papierów do wypełniania i tym podobne idiotyzmy. Coś dla prawdziwych smakoszy nieświeżych produktów. Największa strata polega jednak na tym, że w szkole marnuje się tak wiele osób, dzięki którym młodzi ludzie mogliby się czegoś nauczyć. I choć na początku swej drogi ambitni edukatorzy próbują coś robić i generalnie dość dobrze im to wychodzi, to po jakimś czasie większość z nich zaczyna zachowywać się tak jak pozostali. A pozostali to w większości przeciętniacy, którzy nigdzie indziej się nie załapali i postanowili właśnie w szkole doczekać emerytury. Może to i dobry sposób, nie wiem. Zależy, co kto lubi. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że jako były pracownik sektora państwowej oświaty jestem lepszy czy w jakiś inny sposób cudowny – ujmę to inaczej: w ogóle nie należę do tej grupy. Nie uważam się za nauczyciela, bo po pierwsze nie mogę nikogo niczego nauczyć (pisałem o tym tutaj), a po drugie 14 lat temu dokonałem aktu dydaktycznej apostazji i przeszedłem na stronę trenerstwa. Czyli – dawania ludziom możliwości korzystania z własnych zasobów i kształtowania nowych umiejętności, zamiast proceduralnego przerabiania materiału. Innymi słowy – pokazuję, jak coś działa, a ktoś zaczyna wykonywać nową dla siebie czynność i w ten sposób uczy się czegoś nowego. Właśnie, uczy się – sam, poprzez zaangażowanie i sukcesywne powtarzanie. Jeśli jest wytrwały i chce – to się nauczy. Jeśli nie jest wytrwały i nie chce – zgadujcie. Oczywiście, że pewnej grupie ludzi takie podejście odpowiada, innej nie. Pracuję tylko z tymi, którzy chcą. Reszta jeszcze nie zrzuciła z siebie jarzma szkolnej ławki i gąbki do zmoczenia. 

Skoro szkoła to wspomnienie i to dość odległe w czasie, dlaczego w ogóle do tego wracam? Powodem jest hospitacja, którą mogę określić aktem dydaktycznej uczciwości. A było tak: pewnego dnia prowadziłem zajęcia z klasą licealną, gdy nagle w klasie pojawił się ówczesny wicedyrektor szkoły. Wszedł, uczniowie wstali i usiedli, dyrektor podszedł, zajrzał do dziennika, potem zrobiliśmy obchód, a kiedy zbliżyliśmy się do drzwi, dyrektor wypowiedział po cichu zdanie, które pięknie podsumowuje działalność polskiej służby oświatowej: I co, k****, orka na ugorze, prawda? 

I wyszedł. Później się dowiedziałem, że to była hospitacja. Bez żadnego szkolnego bełkotu i tym podobnych bezwartościowych fraz. Wprost, po męsku, w punkt. I chyba właśnie dlatego uważam tamte odwiedziny za hospitację wszech czasów. 

2 komentarze

Hospitujący, ponad 2 tygodnie temu, 28.02.2019

Cieplej zrobiło mi się na duszy . Dobrze mieć takich ludzi jak Ty obok siebie bo można by zrobić coś dla tej jakze umęczonej urzędniczo sfery życia . Powiem tak podjąłeś chyba najlepszą decyzję - choć wybór nie był tak wielki. Szacunek za to co robisz dla oświaty przez duze "O"

Mariusz Włoch, ponad 2 tygodnie temu, 01.03.2019

Drogi Hospitujący, dziękuję za miłe słowa, choć jednocześnie chcę zaznaczyć, że moje zasługi dla oświaty są symboliczne. A dzięki Panu można było uwierzyć, że w szkole są jeszcze normalni, racjonalnie myślący ludzie.