Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Komunikacja, NLP, rozwój osobisty

Odpuszczać czy nie, czyli o...

20 maja 2018

Po internecie poniewiera się pewne przypisywane różnym osobom (Anthony Hopkins, Meryl Streep itd.) zdanie o treści następującej: Kiedyś...

Skazani na sukces, czyli wyrok w zawieszeniu

30 listopada 2018

Wygląda na to, że przed bombardowaniem sukcesem nie da się w obecnych czasach uciec. Podlany propagandowym obornikiem sukces zdradziecko nas otoczył i teraz czai się dosłownie wszędzie: w domu, w pracy, w bramach, na dachach domów, w piwnicach, w internetowych filmikach, ukazujących czyjeś ogromne szczęście, w przemówieniach tych, którzy mówią ci, abyś się kreował i był tym, kim chcesz. A w tej sytuacji sukces wyciąga w twoim kierunku oskarżycielski palec i pyta: „A ty co?! Dlaczego jeszcze mnie nie osiągnąłeś? To ja tu na ciebie czekam a ty się tak słabo starasz!” I nawet nie próbuj teraz odrywać oczu od ekranu, bo możesz zobaczyć właśnie ten palec. 

No bo czym właściwie jest odmieniany przez wszystkie istniejące i nieistniejące przypadki „sukces”? Najbardziej rozpowszechniona definicja tegoż stanu to posiadanie ogromnego bogactwa materialnego: ekskluzywnych towarów czy wielkiego domu z basenem, nad którym pręży się silikonowa piękność i wydyma wiecznie rozchylone botoksowe usteczka do kolejnego selfie. W sumie nie ma jej się co dziwić – wszystko da się podobno kupić, także przyjaźń, miłość, nie mówiąc już o botoksowym rozchyleniu tego i owego. Sęk w tym, że oba wspomniane stany emocjonalne – przyjaźń i miłość – mają ograniczony termin przydatności i nie nadają się do kultywowania po upływie tego terminu. Ale bez paniki: jest kasa, jest przyjaźń i miłość. (Wersja dla służby zdrowia: jest kasa, jest człowiek!)

Mierzona stanem posiadania definicja sukcesu często sprawia, że z ludźmi dzieje się coś dziwnego – zaczynają za wszelką cenę, obsesyjnie, chorobliwie dążyć do tego, aby zrobić karierę i stać się kimś w ich mniemaniu ważnym, aby kupić sobie wielki dom z basenem, najlepiej na zamkniętym osiedlu, do tego obowiązkowo piękny partner lub piękna partnerka i nieustający mega fun. Czyli definiowanie siebie poprzez pryzmat ego i pogoń za kasą, za którą kupisz sobie coś, czego wcale nie potrzebujesz, ale co podnosi twoją samoocenę i wkurza sąsiadów. I co da ci chwilowe poczucie, że faktycznie jesteś zwycięzcą. Ale zwycięzcą czego?

Nie mam pojęcia. Bo dla jednych sukcesem może być rozmowa, gdzie dochodzi do wymiany myśli, a nie namiastka po postacią dwóch monologów, przeczytanie wartościowej książki, przejażdżka rowerowa, zrobienie czegoś pożytecznego dla siebie i dla innych, poświęcenie się czemuś, co daje satysfakcję czy nawet poczucie „flow” – stan, którego nie da się porównać z niczym innym. To takie małe sukcesy, które stają się częściami wielkiej układanki, zwanej życiem. To budowanie spełnienia, może nawet szczęścia, w którym nie ma potrzeby rywalizowania, dążenia do władzy i zwyciężania nad innymi – nazwałbym je działaniami w sferze duchowej. A z pieniędzmi zwykle bywa tak, że dziś są, a jutro już niekoniecznie.

Tyle że jesteśmy w pewnym sensie skazani na zwycięstwo – media i reszta zidiociałego świata ciągle nam o tym przypominają. Musisz zwyciężać, bo w przeciwnym razie staniesz się nieatrakcyjny dla znajomych. Musisz płynąć z prądem, żeby w pewnym momencie wyjść na prowadzenie w tym wyścigu do śmierci. A może mimo wszystko lepiej zrobić coś dla siebie niż wciąż dążyć do akceptacji innych? Może warto przewartościować pewne sprawy i np. iść na kurs językowy nie po to, żeby się tym chwalić, ale żeby dobrze się przy tym bawić i nauczyć się czegoś użytecznego. Kwestia priorytetów, ma się rozumieć. I jeszcze jedno – coś, co dla ciebie czy dla mnie oznacza sukces, może nie mieć dla innych żadnego znaczenia. Mimo to łączy nas jedno – jesteśmy skazani na zwycięstwo. To brzmi jak wyrok, prawda? Dobra wiadomość jest taka – możesz sprawić, że to będzie wyrok w zawieszeniu. 

Brak komentarzy