Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza...

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe...

Radość i melancholia, czyli...

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii....

Dejot Kaczka, czyli tu nie będzie...

30 grudnia 2017

Koniec roku już jutro, więc od jakiegoś czasu trwają wszelakie podsumowania, zestawienia, wybory najpiękniejszych sukienek noszonych przez...

Meantime, czyli podróż wehikułem czasu do roku 1992

18 listopada 2018

Może to przez tę aurę, bo mży, jest mgliście i ogólnie niesympatycznie, pogoda może być zatem wygodnym wytłumaczeniem każdego rodzaju niechęci do wyjścia z domu. A ruszać się trzeba, sportowo zwłaszcza, żeby członki się nie zastały i działały w miarę dobrze. Razem z ruszaniem ciała uruchamia się mózg (dotyczy tych, którzy ten organ mają i go używają), który w takich sytuacjach lubi czasem podsunąć nowe zajęcie, które pozwoli oderwać się od codzienności i pobujać trochę w chmurach tudzież innych przestworzach. No i tak się stało właśnie dziś – wzięło mnie na wspominki muzyczne. Po odstawieniu roweru na miejsce, podszedłem do półki z płytami, a ręka sama zdjęła z niej płytę grupy Helmet „Meantime”. To drugi w dyskografii album tej amerykańskiej formacji, wydany w 1992 roku.

Na początku była kaseta. Nie pamiętam dokładnej daty jej zakupu, pamiętam natomiast, że było to jesienne popołudnie. Po lekcjach miałem trochę czasu, więc pomaszerowałem na istniejące do dziś kaliskie targowisko zwane „Pod Tęczą” (słowo „tęcza” oznaczało w tamtym czasie po prostu tęczę, bez żadnych dodatkowych skojarzeń) i odwiedziłem zaznajomionego sprzedawcę kaset. Nie było dostawy świeżego towaru, więc z lekkim znudzeniem (byłem tam dzień wcześniej) ponownie przejrzałem zaopatrzenie, po czym nagle dojrzałem coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Zapytałem sprzedawcę, co to za muzyka, a on na to: Włączę. No i włączył. I się zaczęło. Po paru sekundach kaseta wyszła z odtwarzacza i zmieniła właściciela. Nie mogłem się doczekać, aż dotrę do domu i wrzucę ją do magnetofonu. Tak, wtedy nie było internetu, jutjuba, a ja nie miałem jeszcze walkmana. To były po prostu inne czasy.

Po włączeniu kasety okazało się, że z głośników płynie kapitalna odmiana ciężkiego rocka, może nawet heavy metalu. Po przesłuchaniu całości byłem zachwycony i wtedy pojawiła się obawa. Bo z muzyką, która podoba się od pierwszego przesłuchania, często bywa tak, że szybko się nudzi albo dostrzega się w niej pewne muzyczne truizmy czy wręcz banały. Z „Meantime” tak się na szczęście nie stało. To twór spójny, znakomity, może nawet genialny. Kolejne albumy Helmeta nie dosięgnęły tak wysoko zawieszonej poprzeczki – są dobre, bardzo dobre, słabsze, jednak druga płyta Helmeta pozostaje dla mnie ich najlepszym dziełem.

Po latach zakupiłem „Meantime” na cd, to jakby naturalna kolej rzeczy, choć czasem włączam też kasetę. To taka zabawa dla miłośników dźwięku, różnic wynikających z odsłuchu na winylu czy jeszcze czym innym. Jedni to lubią, inni nie, trzeci nie mają o takich rzeczach pojęcia, tak już jest i tyle. Czy to muzyka dobra na jesień? Zależy, co lubisz. Jeśli lubisz disco polo, to nigdy nie zaczniesz słuchać Helmeta, jeśli gustujesz tylko w death metalu, Helmet będzie za słaby. Liczy się otwartość na muzykę czy po prostu na rzeczy, których wcześniej nie doświadczałeś. Dopiero wtedy możesz powiedzieć, czy ci się podoba, czy nie. A pora roku nie ma tak naprawdę tu nic do rzeczy.

„Meantime” to album ponadczasowy, ma niesamowitego kopa i moc. Dwie gitary, świetny bas i kapitalny perkusista. 36 minut niesamowicie energetycznego grania. To także wspomnienie tamtych czasów, innych, lepszych, gorszych. Są momenty, że chciałoby się znów tam przenieść, bez względu na to, jak mocno patologiczne tamte czasy były. Bo wtedy inaczej przeżywało się bodźce, których nie było tyle, co teraz. Wtedy można było coś naprawdę przeżywać, zamiast tracić czas na przedzieranie się przez gąszcz rzeczy nieistotnych, głupich, niepotrzebnych.

A tymczasem oddalę się i włączę sobie raz jeszcze „Meantime”. Płytę otwiera „In the Meantime” – tymczasem. Niech będzie. No to tymczasem.

Brak komentarzy