Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Nauka języków

Taniec z poziomami, czyli tu chodzi o komunikację

10 września 2018

Oznaczanie podręczników językowych poziomami jest dziś czymś tak oczywistym, że dla większości osób właśnie to kryterium staje się decydujące przy wyborze odpowiedniej książki do nauki języka. Podobnie jest zresztą z wyborem kursu – kandydat z reguły potrafi uplasować się na drabince poziomów i powiedzieć, że jest na A2, B1 czy gdzieś pomiędzy nimi. Tak przynajmniej wygląda teoria, bo praktyczne odzwierciedlenie wspomnianych poziomów to już zupełnie inna historia. Po prostu teoria i zakładany z góry scenariusz rzadko sprawdza się na żywym organizmie. Tak jak w szkole – konspekt to nie to samo co skutecznie przeprowadzona lekcja. 

A z poziomami jest niestety tak, że wprowadzone zostały przez osoby, które – podejrzewam – prawdziwych lekcji przeprowadziły w życiu niewiele, a ich wiedza pozostała na poziomie uczelnianym, czyli teoretycznym, mocno oddalonym od realnego życia. Kiedy wspominam czasy studiów, to przychodzi mi do głowy myśl następująca – większość teorii można było sobie darować, a zamiast tego zrobić coś praktycznego, np. ćwiczyć umiejętności miękkie typu „jak skutecznie porozumiewać się z uczniem” czy „jak zainspirować uczestnika zajęć do działania”. Zamiast tego było pisanie konspektów z założeniem, że lekcja będzie po prostu cudowna. Owszem, na praktykach studenckich może i tak to wyglądało, bo praktykant to dla licealistów miły starszy kolega, który zagrożonym uczniom stawiał dobre stopnie, poprawiając tym samym ich uczniowskie samopoczucie. 

Wracając do poziomów A1, A2 itd., to spełniają one tę rolę, że w jakimś przybliżeniu określają znajomość języka – jednak gdyby opierać się tylko na owym przybliżeniu, zajęcia przypominałyby rodzaj tańca, gdzie każdy słyszy inną muzykę. Owszem, poziom znajomości języka mogą potwierdzić przeróżnego rodzaju testy. Właśnie, testy – w większości pisemne, które w znikomym stopniu odzwierciedlają faktyczną umiejętność posługiwania się językiem. Moim skromnym zdaniem właśnie ta umiejętność definiuje znajomość języka – albo umiesz się dogadać, porozumieć, uzyskać i przekazać informacje, albo nie. Znajomość zestawu słów z poziomu A2 może nie mieć w takiej sytuacji żadnego znaczenia. Z drugiej strony – możesz znać słownictwo, znajomość którego zakwalifikowałaby cię na kurs na poziomie C1, a nie dasz rady sklecić prostego zdania i zapytać, ile kosztuje tabliczka czekolady lub działka, której i tak nie kupisz, bo nie interesujesz się inwestycjami w grunt.

Piszę o teoretycznych poziomach znajomości języka z bardzo prostego powodu – ukazało się już kilka książek mojego autorstwa do ćwiczenia umiejętności posługiwania się językami, wkrótce ukażą się kolejne, więc w pewnym sensie winien jestem użytkownikom pewne wyjaśnienie. Podręczniki DIRECT COMMUNICATION METHOD są oczywiście oznaczone A1, A2 itd, jednak są to oznaczenia orientacyjne. Dlaczego? Choćby z tego powodu, że podręcznik na poziomie DIRECT COMMUNICATION METHOD angielski A1 zawiera słownictwo oraz pewne struktury gramatyczno-leksykalne z poziomów, które np. słownik Cambridge określa jako poziom B2. Dzieje się tak, ponieważ w książkach DCM chodzi głównie o komunikację, o to, jakich środków użyć, aby móc się porozumieć już od samego początku obcowania z językiem. Nie ma sensu czekać, aż dojdziesz do poziomu B1, by zacząć mówić! Mówić zaczynasz od razu, już, teraz, natychmiast! Potem tylko udoskonalasz swój warsztat, powiększasz zbiór narzędzi językowych. 

Dla przykładu – już w pierwszej książce DCM znajduje się konstrukcja ani.. ani.., która normalnie występuje na poziomie B2. Pojawia się tak wcześnie, gdyż po prostu jest niezbędna do wyrażenia pewnych treści oraz do tego, by przedstawić pełny schemat pytań, na którym opieram strukturę podręczników DCM. Tak się dzieje z wieloma innymi słowami czy strukturami – wszystko wynika z konieczności pokazania, jak dany materiał zachowuje się w codziennych sytuacjach, kiedy musisz użyć języka. Oczywista sprawa, że ortodoksom językowym może się takie rozwiązanie nie spodobać, jednak mają takie prawo i wolną rękę, by zaproponować rozwiązania własne. 

Zatem nie dziw się, że w książkach DCM oznaczonych numerem 1 znajdziesz coś, na co w tradycyjnych podręcznikach natknąłbyś się dopiero gdzieś na B1 – to po prostu się sprawdza, tak uczą się ludzie, którzy od wielu, wielu lat pokazywali mi, czego potrzebują i co w ich przypadku działa. Czy w takim razie mogę zadzierać nosa, bo wiem na temat przyswajania języków już wszystko? Wręcz przeciwnie. Wciąż mi się wydaje, że jestem na początku drogi.

Brak komentarzy