Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Meantime, czyli podróż wehikułem...

18 listopada 2018

Może to przez tę aurę, bo mży, jest mgliście i ogólnie niesympatycznie, pogoda może być zatem wygodnym wytłumaczeniem każdego rodzaju...

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza...

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe...

Radość i melancholia, czyli pożegnanie z TSA

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii. Radość wywołał sam koncert, TSA to porządna firma – muzycy to zawodowcy i czują się na scenie jak ryby w wodzie. A melancholia wzięła się stąd, że kiedy już zagrali na bis „Kocicę” i „Trzy zapałki”, a w Słowianinie zapalono górne światła, dotarło do mnie, że już takiego koncertu nie będzie. Oczywiście, nigdy nie ma dwóch identycznych koncertów, ale to był ostatni występ TSA w pierwotnym składzie (gwoli ścisłości – przedostatni, bo wczoraj, w sobotę 3 lutego, zespół wystąpił jeszcze w Zielonej Górze i to właśnie tam odbył się ten prawdziwy ostatni koncert).

Cóż, wokalista Marek Piekarczyk postanowił odejść i poświęcić się karierze solowej. A szkoda, bo jakoś nie wyobrażam sobie nikogo innego w funkcji wokalisty TSA. Podobno nie ma ludzi niezastąpionych, ale tu jakoś wyobraźnia nikogo sensownego nie podsuwa. Ciekawe, czy reszta zespołu jest w ogóle zainteresowana jakimkolwiek substytutem.

A w piątek było klasycznie – zaczęło się od „Maratończyka”, zespół złapał rytm, potem zabrzmiały kolejne historyczne utwory, doskonale znane fanom starszym i młodszym. Widownia dopisała, choć to nie ta publiczność, która chadzała na koncerty rockowe w starych, dobrych, żywiołowych czasach. A kiedy zespół zarzucił „51”, w ruch poszły „nowoczesne zapalniczki”, czyli smartfony, mające tworzyć odpowiednią atmosferę. Na szczęście pojawiło się kilka prawdziwych zapalniczek, a kolega skwitował to zdaniem: „Pewnie podprowadzili te zapalniczki z jakiegoś muzeum”, no bo kto nowoczesny nosi ze sobą na koncerty takie starocie w tych technologicznych czasach? Tu na szczęście technologia była na drugim albo nawet na dalszym miejscu. Tu chodziło o muzykę. O jej doświadczanie.

A momenty muzyczne były, a jakże. Nieśmiertelne hity, całkiem dobra relacja z publicznością, a w pewnym momencie Andrzej Nowak, gitarzysta niezmiennie scenicznie odrobinę szalony, rzeźbił na gitarze różne nutki, żywiąc się energią emitowaną przez kierowane nań strumienie światła, by nagle poderwać resztę zespołu i z kopem zacząć „Heavy Metal World”. Ech…

Jednak coś przeszkadzało. Brak chemii w zespole. Może to świadomość, że wokalista odchodzi sprawiała, że panowie po prostu wykonywali swoją robotę, nie widząc się na scenie. Gitarzysta Stefan Machel i basista Janusz Niekrasz stali praktycznie w miejscu, przypominając trochę Kasię Nosowską, która, jak wiadomo, nie popada w sceniczne konwulsje, a emanuje spokojem i perfekcją wykonania. Piekarczyk opuszcza zespół i można się na niego złościć, z drugiej strony TSA miało w przeszłości rozwody i powroty, tyle że odejście akurat w tym momencie nie jest dobre. Bo to kawał dobrego, polskiego rocka, którego nikt inny tak nie zagra. Teraz myślę życzeniowo – muzycy mogliby przecież pograć jeszcze te stare kawałki, mam wrażenie, że widownia po prostu tego potrzebuje.

Wszystko wskazuje na to, że kolejnych koncertów w tym składzie już nie będzie. Będą w innym? Trudno powiedzieć. Oby. A na zakończenie zamieszczam wideo z koncertu TSA we wrześniu 2009 roku w szczecińskim amfiteatrze z okazji 40-lecia klubu „Słowianin”. Grały wtedy cztery zespoły: najpierw czeski zespół, którego nazwy niestety nie pamiętam, potem TSA, następnie SBB, na finał węgierska Omega. Zamieszczam ten film, bo załapałem się tam osobiście – to ja częściowo zasłaniam scenę. Ciekawe, czy już mogę mówić, że zostałem gwiazdą filmową?


Brak komentarzy