Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Trener nowych czasów

Walka z systemem, czyli czasem trzeba...

11 maja 2017

W większości przypadków cały proces przebiega tak: ktoś chce się uczyć języka, więc zasięga informacji, dowiaduje się, czego może...

Prawda zawarta w sucharze, czyli kto jest kowalem twojego losu

13 listopada 2017, komentarze (1)

Wszyscy doskonale znają suchary. Zwłaszcza wtedy, kiedy im się o nich przypomina. Bo suchary mają to do siebie, że prawie nikt nie chce ich słuchać, a jeszcze mniej wcielać zawartą w nich tzw. życiową mądrość. Suchary są powszechnie znane, nudne, sztampowe, banalne, wyświechtane. A jednak jednej cechy nie można im odmówić – wbrew wszystkiemu, a szczególnie fatalnej opinii na swój temat, zawierają sporą dawkę o życiu.

Weźmy na przykład suchar z dziedziny uczenia się języków – „bez pracy nie ma kołaczy”. Bez pracy nie osiąga się wiele, bez pracy – zwłaszcza własnej – krąży się wokół bezpiecznego poziomu „zero”. Ma to pewne zalety, bo kiedy się spadnie, to przynajmniej nie poobijamy się zbytnio. I zawsze można znowu zaczynać od zera i nigdy się od niego nie oddalić. Jak wiadomo, zmiany są dość bolesne.

Z nauką języków sprawa ma się dokładnie tak samo. To zapewne znak czasów, że obiecują ci, że w sumie to nic nie musisz robić, a będziesz wszystko umiał! To dopiero niespodzianka! Wystarczy ileś tam minut dziennie w coś poklikać i będziesz gadał w nowym języku, że sąsiedzi zzielenieją z zazdrości. Może i zzielenieją, ale czy na pewno będzie to zazdrość, czy może przerażenie efektami twojej wiary w nadprzyrodzoną moc reklamy?

Bo jeśli chcesz mieć ładne mięśnie, idziesz na siłownię i ćwiczysz. Pod okiem doświadczonego trenera, albo z kimś, kto się zna na ćwiczeniach siłowych. W każdym razie budowanie wspomnianych mięśni wymaga od ciebie sporego wysiłku, zaopatrzenia w napoje izotoniczne oraz wylania wyczuwalnej ilości potu. O ile wiem, mięśnie nie osiągają rozmiarów bicepsów Arniego same z siebie.

Chcesz być świetnym muzykiem – musisz ćwiczyć. Do upadłego, ileś tysięcy razy te same kwestie, aż do momentu, kiedy stwierdzasz, albo ktoś inny to zrobi, że już umiesz, że jest ok, że możesz przejść na kolejny poziom. Jeśli nie poświęcisz iluś godzin na uciążliwe ćwiczenie i ulepszanie warsztatu, z trudem zagrasz gamę C-dur albo staniesz się gwiazdą zespołów weselnych, brawurowo odgrywającą swe partie z playbacku. W sprawie osiągnięcia mistrzostwa w muzyce możesz zapytać np. Wojtka Pilichowskiego.

A języki? Niestety, z nimi jest tak samo. Ludzie nadal nie mogą w to uwierzyć. Wierzą za to bez żadnych ograniczeń w cuda. Że np. dzięki jakiejś tam aplikacji powtórzą sobie ileś razy słówka i nagle zaczną mówić po angielsku. No nie, niestety. Nauczenie się paru słówek to zaledwie mały krok na drodze posługiwania się językiem. Pocieszające jest to, że taki krok został w ogóle zrobiony. W niektórych przypadkach to naprawdę wiele. Bo są też tacy, którzy czekają. Godzinę, tydzień, rok, życie, wieczność. I nic się nie dzieje. Bo świat nie odwali akurat tej roboty za ciebie.

Wciąż to powtarzam przy każdej nadarzającej się okazji – nauka języka to wyrabianie konkretnych sprawności np. budowania zdań podrzędnie złożonych okolicznikowych celu, do poziomu wirtuozerii (to tak z języka muzyki) poprzez ciągłe i wielokrotne ich powtarzanie w nowych kontekstach oraz zwiększanie stopnia trudności, kiedy zaliczyłeś poziom łatwiejszy (dokładanie ciężarów na siłowni).

To na koniec inny suchar: Faber est suae quisque fortunae. Każdy jest kowalem swojego losu. To ty wykuwasz swój los i nadajesz kształt swoim umiejętnościom. I zawsze masz wybór, ty określasz priorytety. Możesz, nie musisz. Gorzej, gdy jest odwrotnie.

1 komentarz

Dorota K., 22.11.2017, 13:45

Właśnie na taki głos czekałam. Od lat nauczam języków obcych i dlatego też odczuwając potrzebę doskonalenia swoich umiejętności staram się śledzić nowe trendy w metodyce. Czytam opinie ludzi uczących się języków różnymi sposobami. Fora internetowe pełne są informacji na temat: ile to już słówek powtórzyłem/-am korzystając z aplikacji, która wyznacza jak często, ile razy, ile i które słówka należy powtórzyć, zgodnie z tym, co wiemy od naukowców na temat zapamiętywania przez mózg. Zaciekawiła mnie ta swoista moda i z radością pomyślałam, ilu to młodych ludzi będzie teraz znało języki obce. Jednak z tych wpisów można się zorientować, że są to ludzie wiecznie początkujący i mimo prowadzenia ciągłych 'pojedynków' na temat "ile to już słówek powtórzyłem" oraz "ilu języków obecnie się uczę" raczej nie mają doświadczenia z choćby jednym dobrze opanowanym językiem poza ojczystym. To rzadkość, gdy w wieku kilkunastu lat ktoś włada trzema językami obcymi, powtarzam: "włada", a nie trenuje z aplikacją, a takich przechwałek nie brakuje. Postanowiłam wypróbować - gdyż nie ukrywam, że jak większość ludzkości jestem osobą leniwą i potrzebuję motywacji - jedną z takich metod powtórkowych i poległam po trzech dniach, bo więcej czasu zajęło mi znajdowanie danego materiału na dany dzień i godzinę i liczenie "ile razy", niż sama nauka. W tym czasie mogłam powtórzyć dużo więcej staromodną tradycyjną metodą: im więcej powtórek, tym lepiej. Mam też takie doświadczenie, że mózg wcale nie zawsze zapamiętuje szybciej to, co mu wyznaczamy zgodnie z jakimś naszym wymyślonym schematem i czego się spodziewamy. On ma własne sposoby i potrafi naprawdę zaskakiwać. Oczywiście można go przymusić ucząc się z dnia na dzień do sprawdzianu czy w czasie sesji, ale w takim zapamiętywaniu trwałym stanowi on naprawdę wielką tajemnicę i nie da się wcisnąć w ramki aplikacji. Pozdrawiam i życzę sukcesów w Twojej pracy!