Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Wstać lepszą nogą, czyli tydzień...

21 kwietnia 2017

Na wstępie tego stronniczego wpisu polecę zapożyczeniem z Gombrowicza: Wojciech Waglewski wielkim muzykiem i poetą jest, a jego muzyka i poezja...

Niebo pod Berlinem, czyli jak góry potęgują doznania

20 czerwca 2017, komentarze (1)

W górach wszystkiego jest więcej: więcej wspinania, więcej schodzenia, więcej pocenia się pod górę, więcej chłodu podczas wędrówki w dół. W górach jest także więcej ciszy. Tam cisza jest prawdziwa, niezakłócona industrialnym hałasem, niezatruta zbędnymi sylabami produkowanymi przez ludzkie struny głosowe. Czasem pełznie jakiś osobnik lub grupa i zanieczyszcza atmosferę charczącym smartfonem. Cóż, zdarza się, jak pisał Kurt Vonnegut. 

Podczas ostatniego, bardzo krótkiego pobytu w Karkonoszach znów miałem okazję utwierdzić się w przekonaniu, że bez należytej dawki pokory nie należy do gór się zbliżać. Zwłaszcza na rowerze. Pierwsze podjazdy, jak to zwykle bywa, wydawały się o wiele trudniejsze niż poprzednim razem, przy czym jest to wrażenie subiektywne i zawiera w sobie odrobinę asekuracji, czegoś w stylu „no dobra, jak mi się nie będzie chciało, to zawrócę i se zjadę w dół”. Takie myśli są przy większych stromiznach niezwykle kuszące, jednak to właśnie wtedy trzeba być silniejszym niż zwykle i manipulacyjnym podszeptom rozleniwionego umysłu nie ulegać. No dobra, pseudofilozoficzną otoczkę stworzyłem, a prawda jest taka: albo wjedziesz na górę, albo nie.

Wjechałem, tym razem na góralu. O ile w zeszłym roku poruszałem się kolarzówką po drogach asfaltowych, tym razem wskoczyłem góralem na szuter, kamienie i podobne nawierzchnie, przy czym stopień nachylenia tego typu tras jest znacznie wyższy, co da się odczuć praktycznie w każdym mięśniu ciała.

A przejazd wyglądał następująco – ze Szklarskiej do Jakuszyc starą drogą (jest wygodniejsza od głównej, bo po pierwsze nie tak stroma, a po drugie nie dyszy w plecy żaden tir), potem zjazd do Harrachova, odwiedziny pod skoczniami, i dalej trasą 1A pod górę w kierunku Dvoračków. Jest na tym odcinku kilka takich miejsc, że płuca parują, mięśnie dymią, a otwór gębowy wyrzuca słowa niecenzuralne (oczywiście po cichu, żeby nie słyszały tego przechodzące dzieci i kobiety). W Dvoračkach trzeba zlecieć mocno w dół, by za chwilę znów się wspinać w stronę miejsca o nazwie Horni Misečky.

koty_400I kiedy wypada się z lasu na asfalt, można odnieść wrażenie, że to już prawie na miejscu, jednak do celu pozostaje jeszcze parę kilometrów piłowania pod górę. Dawno temu obiecałem sobie, że przyjadę na rowerze pod schroniska Labska Bouda, no i udało się. To chyba najbliższe miejsce Śnieżnych Kotłów, dokąd można dojechać na rowerze. Potem znowu w dół, wypad do Medvědina.

medvedin_400

Siedząc sobie w drugim D spoglądałem na Przełęcz Karkonoską i Szpindlerowy Młyn, które wydawały się takie bliskie. To oczywiście złudzenie, bo do Szpindlerowego leci się na łeb na szyję z góry parę kilometrów, a potem trzeba ponownie się wspinać na przełęcz kolejnych 7.

Jednak odwrotu raczej nie było. Nie miałem już paliwa, zapas sił dawał nieśmiałe znaki, żeby nie kombinować. Zatem do góry, z Przełęczy Karkonoskiej do Przesieki, i z powrotem do Szklarskiej. A im bliżej końca, tym wzniesienia wydawały się wyższe.

Czy było w tej wyprawie coś nadzwyczajnego? Nie, może tylko to, że pokonanie 95 kilometrów w takim terenie wymaga o wiele większego nakładu sił. Może dwa razy tyle, co zwykle, może mniej, może więcej. Liczy się w sumie to, że odwiedziłem za jednym zamachem miejsca, które do tej pory odwiedzałem pieszo. Rowerem można zwiedzić ich znacznie więcej.

berlin_400

Oczywiście, że polecam takie wyprawy. Choćby po to, by posłuchać Czechów. A kiedy słyszę żywy język czeski, od razu w głowie rozbrzmiewa utwór zespołu XIII stoleti pt. Nebe pod Berlinem. Ciekawe, czy Petrowi chodzi o ten Berlin położony u podnóża Karkonoszy? Oczywiście, że nie, ale w czym to przeszkadza?


1 komentarz

martac, 21.06.2017, 23:26

Piszesz, że w tej wyprawie nie było nic nadzwyczajnego, ale i tak trochę zazdroszczę :)