Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Wstać lepszą nogą, czyli tydzień...

21 kwietnia 2017

Na wstępie tego stronniczego wpisu polecę zapożyczeniem z Gombrowicza: Wojciech Waglewski wielkim muzykiem i poetą jest, a jego muzyka i poezja...

Norweska oszczędność, czyli o pierwszym stopniu umuzykalnienia

5 lutego 2017, komentarze (3)

Kiedyś w norweskiej telewizji obejrzałem program z udziałem czwórki Polaków (program nazywał się chyba Trygdekontoret, ale głowy nie dam), którzy mieli opowiedzieć o tym, jak im się w Norwegii żyje. Cała czwórka mówiła bardzo dobrze po norwesku i opowiadała o kraju Wikingów same dobre rzeczy. Pod koniec programu na scenie pojawił się norweski zespół, który – być może dla podkreślenia bliskości Polaków i Norwegów - miał wykonać piosenkę po polsku. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że zespół wybrał sobie piosenkę zespołu De Press „Bo jo cie kochom” (może dlatego, że znalazła się na ścieżce dźwiękowej norweskiego filmu „Człowiek, który pokochał Yngvego”), która jak wiadomo, nie należy do kanonu pieśni prezentujących standardową polszczyznę. Do dziś uśmiecham się pod wąsem na wspomnienie tamtego brawurowego wykonania – na ekranie pojawił się nawet zapis fonetyczny, który okazał się jeszcze bardziej zabawny od sposobu, w jaki wokalista wymawiał zbliżone do polskich dźwięki. Ale czasem liczą się także dobre chęci.

Co do muzyki tworzonej w Norwegii, to w dużym uproszczeniu mówi się, że uprawia się tam dwa gatunki, stanowiące jednocześnie kulturalny towar eksportowy: jazz i black metal. Z jednej strony Jan Garbarek, z drugiej Dimmu Borgir (z Darkiem Brzozowskim za bębnami). A co do języka, to Norwegom znacznie lepiej idzie śpiewanie albo w języku ojczystym lub po angielsku. Polski – przynajmniej na razie - jakoś nieszczególnie się w tamtejszym szołbiznesie sprawdza. Zatem albo norweski, albo angielski. Albo brak języka.

Właśnie z tą ostatnią opcją mamy do czynienia na nowej płycie trębacza Nilsa Pettera Molværa pt. Buoyancy. Molvær gra jazz, jazz bardzo skandynawski, z typowymi dźwiękami, do których zdążył już przyzwyczaić słuchacza na poprzednich krążkach. Muzyka na „Buoyancy” koi, wciąga i wymaga koncentracji. Skoncentrowany odbiorca dostaje w zamian dawkę starannie wyważonych dźwięków, dźwięków oszczędnych, bo nie ma tu nadmiaru, który mógłby płycie zaszkodzić. Całość znakomicie zrealizowana, szeroko, przejrzyście, z doskonale ujętą sceną, co podczas odsłuchu może prowadzić tylko i wyłącznie do rosnącego zapotrzebowania na ponowne odtworzenie płyty. Muzycy są niezwykle powściągliwi, nie popisują się wirtuozerią, chociaż bez trudu by mogli - wcale nie miałbym o to pretensji, bo nie słyszę przeciwwskazań, by nie zaprezentować kunsztu obsługi instrumentu (to przecież nie toporne disco polo dla tych, którzy zaliczyli pierwszy stopień umuzykalnienia*).

Zatem Nils Petter i jego trzej kompani grają spokojnie, ważą każdą nutkę, głaszczą instrumenty i ucho odbiorcy. To właśnie skłania niektórych kpiarzy do twierdzenia, że Norwegowie grają tak delikatnie i ostrożnie z powodu panującej w Norwegii drożyzny – w tych okolicznościach instrumenty trzeba oszczędzać, by wystarczyły na jak najdłużej. Może to i prawda, ale co powiedzieć o tych, którzy uprawiają wspomniany wcześniej black metal? Czy blackmetalowcy otrzymują wyższe zapomogi na dofinansowanie sprzętu? Cóż, to niewykluczone, skoro zespoły grające tzw. muzykę ekstremalną odbierają w Norwegii nagrody ministra kultury (np. Enslaved), co w Polsce jest raczej nie do pomyślenia. Co kraj, to obyczaj. Cuius regio, eius religio.

* pierwszy stopień umuzykalnienia – wiadomo, kiedy grają, a kiedy nie grają.

3 komentarze

martac, 11.02.2017, 11:20

Przyjemna muzyka, relaksująca. Podoba mi się ta skala umuzykalnienia :) Jakie są kolejne stopnie?

Mariusz Włoch, 23.02.2017, 21:06

Drugi stopień - choć niepotwierdzony - jest taki: wiadomo, kiedy grają głośno, a kiedy cicho.

martac, 24.02.2017, 14:47

To też bardzo ważne, trzeba wiedzieć, kiedy podgłosić a kiedy ściszyć muzykę.