Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Meantime, czyli podróż wehikułem...

18 listopada 2018

Może to przez tę aurę, bo mży, jest mgliście i ogólnie niesympatycznie, pogoda może być zatem wygodnym wytłumaczeniem każdego rodzaju...

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza...

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe...

Radość i melancholia, czyli...

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii....

Anneke forever, czyli w objęciach piękna dźwięku

17 listopada 2016, komentarze (2)

Dopada mnie w nierównych odstępach i z reguły w najmniej oczekiwanym momencie. Objawia się jakimś skromnym znakiem, czymś z pozoru nieistotnym, jednak po chwili w uszach brzmi już fragment znanego kawałka, który staje się coraz bardziej wyraźny. I prowadzi w wiadomym kierunku.

The Gathering. Anneke van Giersbergen. Mandylion.

To płyta „stara”, bo ukazała się w 1995 roku, jednak emocje z nią związane wciąż pozostają żywe, choć chyba nie są tak silne jak wtedy. Mimo wszystko są przyjemne i to chyba jest tutaj najważniejsze, muzyka ma przecież dostarczać przyjemnych doznań.

Mandylion to trzecia płyta holenderskiego The Gathering i jednocześnie koniec etapu twórczych poszukiwań. Holendrzy rozpoczęli działalność płytą „Always” jako typowy zespół doom metalowy, z ryczącym wokalistą i ciężkimi gitarami. Potem ukazała się płyta „Almost a Dance” – dzieło znacznie delikatniejsze i bardziej rockowe, tyle że kapitalną muzykę na tym albumie zepsuł koszmarny wokal. A szkoda, choć i tej płyty lubię czasem posłuchać.

Wreszcie Holendrom udaje się wkroczyć na właściwą ścieżkę – zatrudniają wokalistkę Anneke van Giersbergen, wydają Mandylion i…

Jakże piękna to płyta! To „muzyka zamglona” – świetny klimat, bardzo dobrze zagrana. Utwory płyną, że nie wspomnę o tytułowym utworze instrumentalnym czy następujący po nim prawie 10-minutowym „Sand and Mercury”…

Anneke opuściła zespół po nagraniu jeszcze kilku albumów i robi obecnie inne rzeczy – czy lepsze czy gorsze to już kwestia gustu. Osobiście najbardziej lubię ją właśnie z tej płyty albumu, bo ten pierwszy kontakt wywarł na mnie najsilniejsze i najważniejsze wrażenie. Pierwszy raz słuchałem tego albumu na kasecie, którą mój nieśmiertelny magnetofon "Kasprzak" musiał bardzo polubić, bo w ramach okazania swych uczuć od razu ją wciągnął i pomiętolił. Kiedy taśma została odratowana i wciąż nadawała się do użytku, rozsiadłem się i nie mogłem się oderwać od płynących z głośników dźwięków. Jesień 95. I niedowierzanie, że Holendrzy nagrali coś takiego – po pierwszych dwóch albumach trudno było przewidzieć, w którą stronę skierują swój artystyczny marsz. Dodam, że muzycy w żaden sposób nie popisują się swoimi umiejętnościami – zamiast tego tworzą wspólnie fantastyczny klimat. I to jest tutaj najcenniejsze.

Mandylion przywołuje emocje związane z tamtymi chwilami, z tamtym wycinkiem przeszłości. Bo przeszłości, która pozostaje w nas, raczej nie da się wymazać. Na szczęście. Niestety. Albo jedno i drugie.

The Gathering. Anneke. Mandylion. Arcydzieło do delektowania się w odpowiednich okolicznościach.


2 komentarze

Marcin M, 19.11.2016, 17:34

Dobra rzecz, nie znałem tego zespołu, zaczynam się wgłębiać.

ya, 24.11.2016, 15:40

głos R E W E L A C J A !!!