Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Wstać lepszą nogą, czyli tydzień...

21 kwietnia 2017

Na wstępie tego stronniczego wpisu polecę zapożyczeniem z Gombrowicza: Wojciech Waglewski wielkim muzykiem i poetą jest, a jego muzyka i poezja...

5 lat po wizycie na Nordkapp, czyli wspomnienie pewnej trasy

14 lipca 2016, komentarze (2)

Dziś po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że czas biegnie bardzo szybko. Owo olśnienie nawiedziło mnie, kiedy – no właśnie, czy to był przypadek? - przeglądałem zdjęcia z podróży po północy Norwegii. Jakimś cudem palec kliknął tu i ówdzie i nagle znów się tam znalazłem. I niby to tak niedawno było, wydawałoby się, że co najwyżej rok temu, a tu się okazuje, że przeleciało już prawie 5 lat!

Północna Norwegia to tereny dzikie w porównaniu do Polski, ba, to tereny dzikie nawet dla Norwegów z południa kraju, którzy nie mają większej ochoty zapuszczać się na północ. Bo to naprawdę kawał drogi, a po drugie po Norwegii jeździ się dość wolno, więc potrzeba na podróż sporo czasu. Ale czy Norwegom brakuje czasu?

30 sierpnia 2011 roku ruszyliśmy drogą E6 z Tromsø do Kirkenes – ponad 900 kilometrów - i podziwialiśmy widoki. A było co podziwiać. Wystarczyło pokonać zakręt, a tu oczom ukazywał się kolejny zestaw gór, tworzących nowy, niepowtarzalny widok. Trasa do Alty, leżącej mniej więcej w połowie odcinka, wiodła w dużej mierze wśród gór, w których poukrywały się niewielkie miejscowości. Mijając te niewielkie osady zastanawialiśmy się, jak mieszkańcom udaje się przeżyć, bo zima na tamtych terenach musi stanowić niezapomniane przeżycie, wymagające tego, by człowiek podporządkował się naturze i żył z nią w zgodzie, inaczej raczej nie dałby rady tam przetrwać. Norwegowie są w tym dobrzy.

A za Altą dotarliśmy do rozjazdu – odbijając w lewo mogliśmy pojechać na Przylądek Północny (Nordkapp), dorzucając do wycieczki ponad 200 km. Nie mieliśmy czasu, ale tu zwyciężyło coś innego – byłoby totalną głupotą nie skorzystać z okazji, skoro byliśmy już tak blisko! Racjonalny umysł podpowiadał, że przecież można tu przyjechać znowu, specjalnie na Nordkapp. Ha, ha, dobre, ale mało prawdopodobne. Więc migacz w lewo i lecimy. A krajobrazy tam panujące przywodziły na myśl tereny księżycowe – góry obsypane kamieniami i ledwo porośnięte drobnymi roślinami, którymi żywią się renifery. A reniferów nie brakowało i musieliśmy mocno na nie uważać – zlewały się z otoczeniem tak doskonale, że potem wydawało mi się, że każdy kamień się rusza i wbiega na drogę.

Zanim dotarliśmy na Nordkapp pokonaliśmy parę tuneli, w tym ten najdłuższy i najgłębszy, bo przebiegający aż 211 metrów pod poziomem morza. I najdroższy, bo za przejazd nim trzeba było zapłacić znudzonemu panu w budce (obecnie podobno przejazd nie jest płatny). Innej drogi, ma się rozumieć, tam nie ma. A potem, już przed samym wjazdem, kolejna opłata i nieco żywsza dziewczyna w budce. Norwegowie wiedzą, że jak ktoś dotarł aż tutaj, to głupio mu będzie zawrócić, więc można wycisnąć z niego jeszcze parę koron. Zapłaciliśmy i wreszcie mogliśmy postawić stopę w tamtym pięknym miejscu.

Było diabelnie zimno, wiał silny wiatr, morze było stalowoszare i pomarszczone przez niewielkie, jak gdyby zniecierpliwione czymś fale. Obeszliśmy teren, cyknęliśmy parę fotek, uśmiechając się do roju niemieckich turystów, po czym wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do pokonania pozostało 600 km, a już nadchodził wieczór. W takiej sytuacji nie mogłem trzymać się ograniczeń prędkości, bo podróż trwałaby wtedy parę godzin dłużej. Dobrze, że zatankowaliśmy w Honningsvåg, gdzie płaczący chłopak obierał cebulę do hamburgerów, bo potem po drodze nie było już żadnej czynnej stacji. Szybko się ściemniło, a z żywych istot pozostały tylko lemingi, biegające po drodze jak ogłupiałe. Na początku próbowałem je omijać, potem dałem spokój, bo kiedy ominąłem dwa, rozjeżdżałem trzy inne. Jechaliśmy w totalnej ciemności, a kiedy nagle po prawej pojawiły się światła, stwierdziliśmy, że już niedaleko. Tyle że to były światła w Finlandii i po drugiej stronie rzeki. A do mostu był jeszcze spory kawał…

W końcu dojechaliśmy – była chyba druga w nocy, znajoma nas ugościła, następnie pozwiedzaliśmy trochę Kirkenes i najbliższe okolice, a  2 września ruszyliśmy do Polski. Ruszyliśmy o 8 rano, a w domu byliśmy 36 godzin później, po pokonaniu 3200 kilometrów za jednym zamachem. Ech, takich wypraw się nie zapomina! I coś gdzieś tam w środku woła, żeby znów kiedyś pojechać w niektóre z tamtych pięknych miejsc.

2 komentarze

martac, 19.07.2016, 09:59

Nigdy tam nie byłam, ale to musiała być fajna trasa.

andy, 20.07.2016, 09:30

Najdalej w Norwegii dotarłem do Trondheim, widoki piękne, reniferów brak, trasa E6 jak najbardziej. I racja - takich wypraw się nie zapomina, szczególnie że nie trzeba wcale mówić po norwesku.