Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Komunikacja, NLP, rozwój osobisty

17 września, czyli zrozumieć...

17 września 2017

Kiedy chodziłem do podstawówki, takiej ośmioklasowej jak teraz, na lekcjach historii mówiono nam coś w stylu: 17 września 1939 roku...

W oparach kupy, czyli jak politycy zrobią nam na rękę

22 października 2015, komentarze (4)

Za trzy dni zacznie się nowy okres twojego życia. Najpierw zagłosujesz na ukochanego kandydata, a dzień później obudzisz się w kraju mlekiem i miodem płynącym. Skończy się wreszcie ten koszmar upadku, kraj odbuduje się z ruin, a młodzi ludzie przestaną wyjeżdżać i zaczną rodzić krajowe dzieci.

Obudzisz się w kraju, gdzie obniżono wiek emerytalny i podatki, a pchający się do pracy ludzie otrzymają bezterminową umowę o pracę z pensją 10.000 na rękę i nie będą nawet musieli do pracy przychodzić.

Obudzisz się w kraju, gdzie wygnano złodziei z Wiejskiej i wsadzono nowych, rozbito wszelkie systemy, łącznie z alarmowymi, gdzie nie ma partii, które okradają cię od 1989 roku, tylko są nowe, które będą robić dokładnie to samo, gdzie nie jesteś już niewolnikiem, a każdy polityk jest do twoich usług i będzie spełniał twoje najbardziej wyuzdane zachcianki.

Obudzisz się w leżącym krzyżem kraju, który przywrócił godność życia obywatelom, odebrał bogatym i zabrał biednym, skrócił kolejki do lekarzy specjalistów, pozbył się chorób zakaźnych, wszy, pcheł i innych insektów przenoszonych przez uchodźców.

Czyli – obudzisz się po wyborach.

Do jutra do północy kandydaci do sprawowania władzy będą umilać nam czas i ze zwykłym sobie wdziękiem wydzielać kojącą umysł woń kupy. Mam wrażenie, że każda kolejna - kampania, nie kupa, która stanowi dość osobliwą gwarancję stabilności - schodzi na jeszcze niższy poziom i każe wdychać coraz więcej oparów autorozkładu. A wydawało się już, że niżej zejść się nie da. O naiwności ludzka! Przecież to jasne, że da się osiągnąć poziom jeszcze bardziej żenujący i uzyskać jeszcze bardziej skondensowany obłok intensywnych oparów. Podejrzewam – choć bardzo chciałbym się tu mylić - że kolejne zejdą jeszcze niżej.

Politycy, zgodnie z niezmienną zasadą, wciąż głoszą hasła, które wyborcy chcą usłyszeć. Choćby nie wiem jak idiotyczne te hasła były. Wystarczy powiedzieć, że wyborca coś dostanie – wyższe zarobki, krótszy czas pracy, niższe podatki, nową parę skarpetek, kawałek kiełbasy. Odnoszę wrażenie, że wyborca jest jak ryba i zawsze połyka haczyk, bo kandydaci w każdej kolejnej kampanii powtarzają te same odrealnione hasła, a wyborcy wciąż na nich głosują, być może z nadzieją, że tym razem faktycznie coś dostaną. Bo wyborca raczej nie chce zmieniać siebie, raczej woli, żeby inni zrobili coś za niego, dzięki czemu jego egzystencja stałaby się bardziej znośna.

Do każdej z wyborczych obietnic układanych pod publikę wystarczy zadać jedno pytanie, np. Skąd weźmiecie pieniądze na podniesienie płacy minimalnej i w rezultacie wyższe zarobki? Jak obniżycie podatki i jak zapełnicie powstały w ten sposób deficyt? Co będzie zamiast umów śmieciowych i jakie wsparcie uzyskają przedsiębiorcy, aby chcieli tworzyć miejsca pracy i przyjmowali na etat? Jak zapewnicie to godne życie i co to w ogóle znaczy? I kto będzie pracował, jeśli poprzez obniżenie progu emerytalnego zwiększy się grupa emerytów, a uchodźcy zdążą spłonąć w obozach koncentracyjnych?

Przeważającą część kampanii wypełnia niestety język nienawiści, zamiast sensownych konkretów. To ponoć jedna z najlepszych form obrony, zwłaszcza gdy jest się winnym lub nie ma nic do zaproponowania – obrona przez atak. I tak się właśnie zastanawiam, jak można obdarzyć zaufaniem kogoś, kto pluje jadem i zieje nienawiścią, kto kpi sobie z organów państwowych – czy sądzisz, że on będzie liczył się z tobą, kiedy dzięki tobie dojdzie do władzy?

Kandydaci na przedstawicieli narodu w pierwszej kolejności mówią źle o swoich konkurentach, przypominają im niespełnione obietnice (zapominając jednocześnie o niespełnieniu własnych), wytykają ogólną tępotę czy inne formy niedowładu umysłowego, choć być może to jedyna część kampanii, w którą uwierzyłbym najszybciej.

Zatem otacza nas polityczny język nienawiści oraz podziałów i – co ciekawe, ale i zatrważające jednocześnie – przeciętny odbiorca świetnie się w tym odnajduje. Kandydaci do pobierania państwowych pieniędzy roztaczają soczyste wizje niszczenia innych kandydatów i tego, co jest, lub co istnieje tylko w ich fantazjach. Wyborca podłapuje wizje przepędzania, odbierania, burzenia, zwłaszcza w tłumie, jednak czy do takiego wyborcy nie dociera prosta prawda, że kiedy wszystko zostanie zniszczone, może już nie być nikogo, kto weźmie się za odbudowę?

Niestety, język rynsztokowy stał się już językiem oficjalnych wypowiedzi, który tak zwani politycy zręcznie stosują, aby z łatwością kierować rozemocjonowanym, a przez to niemyślącym tłumem.

Z jakiego powodu negatywny przekaz staje się dominującą formą komunikowania się kandydatów ze światem? Odpowiedź nasuwa mi się następująca - bo wyborca wydaje się tylko na taką formę przekazu reagować. To efekt wylansowania takiego typu odbiorcy – kogoś, kogo pozytywny czy racjonalny przekaz nie interesuje, bo nie zawiera tylu potrzebnych „emocji”. Może to także efekt bombardujących nas milionów newsów o nagłówkach w stylu „100 ofiar”, „Tragedia w…”, czy „Czajnik chciał mnie zabić”.

Poza tym ten ciągły podział: my i oni – „wygonić złodziei z Wiejskiej”, „odbierzmy im władzę”, „nie bądź niewolnikiem” itd. Tylko pomyśl, czy ktoś z takimi hasłami chce się zająć budowaniem lepszej Polski czy tylko oddać się swoim chorym pasjom i mścić się za własne frustracje? My, czyli ci dobrzy, i oni, ci źli, przy czym nie wiadomo tak dokładnie, o kogo chodzi. Bo do worka „oni” może zostać wrzucony zasadniczo każdy, kto nie zgadza się z głoszonymi bzdurami. Zgodnie z zasadą „kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam” – ten model budowania silnego kraju przerobili już Niemcy z panem z wąsikiem na czele.  Wiele osób chce przecież, aby uruchomić obozy koncentracyjne i za pomocą imigrantów wysyłać w powietrze cząsteczki dwutlenku węgla z ludzką duszą. To przejaw chrześcijańskiej, w szczególności katolickiej miłości bliźniego.

Z całych sił się staram, aby zrozumieć tych kandydatów i pojąć ich sposób rozumowania, ale kiedy słyszę ten populistyczny bełkot – bo zupełnie nie słyszeć się go nie da, zresztą to nie tędy droga - jakoś nie mogę mieć pozytywnych odczuć w stosunku do tych wszystkich zbawców ciemiężonego narodu. Po prostu nie wierzę, że mają pozytywne intencje. Owszem mają, ale tylko wobec siebie. Chcą się dorwać do władzy. Ale przecież to dzięki nam, wyborcom, mogą się tam dostać. I to od nas tak wiele zależy.

Nie wiem, co zrobisz w niedzielę i na kogo oddasz swój głos, bo ja póki co nie mam na kogo głosować. A głosować trzeba, to patriotyczny obowiązek. Choćby na zasadzie wyboru mniejszego zła, chociaż to kryterium bolesne.

Jedno jest pewne – kiedy te urocze, uśmiechające się z plakatów niewinne buzie dojdą do władzy, z pewnością nam się odwdzięczą. I za to, że ponownie je wybraliśmy, zrobią nam wszystkim na rękę. Dosłownie.

4 komentarze

Marcin M, 22.10.2015, 20:57

Oj, mocny, dobry tekst. Zgadzam się całkowicie.

martac, 23.10.2015, 10:49

Zaczynam się bać tych wyborów.

taknie, 23.10.2015, 18:06

Jak tu żyć? ;)

ben, 25.10.2015, 00:32

W tekście znalazło się podsumowanie w sumie każdej kampanii i czynników ludzkich. Mijającą kampanię wyrózniał chyba poziom nienawistnego języka, to robi się coraz bardziej niebezpieczne i nie wiem, jak to wrózy na przyszlość.