Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Wstać lepszą nogą, czyli tydzień...

21 kwietnia 2017

Na wstępie tego stronniczego wpisu polecę zapożyczeniem z Gombrowicza: Wojciech Waglewski wielkim muzykiem i poetą jest, a jego muzyka i poezja...

Poświąteczne wyrzuty sumienia, czyli w niewoli tradycji

6 kwietnia 2015

Jedzenie oznacza przyjemność i zdrowie. Media zdecydowanie lansują tę pierwszą opcję. Być może właśnie dlatego wielką popularnością cieszą się wszelakie programy kulinarne w telewizji, a autorzy książek z przepisami urastają do rangi bogów. Nadeszły takie czasy, że większość ludzi chce być zdrowa, wysportowana i ładna. Stąd też bierze się ciągota ku spożywaniu pokarmów smacznych, w umiarkowanych ilościach, i tak, by dzięki nim człowiek stawał się coraz zdrowszy, bardziej wysportowany i jeszcze ładniejszy. Wspieram ten trend całym sobą, jednak w tym pięknym obrazie powstaje pewna wyrwa.

Z pewnością ciebie to nie dotyczy. Ale na pewno natychmiast znajdziesz kogoś, kto tak ma. Amok zaczyna się kilka-kilkanaście dni przed każdymi świętami. Wycieczki do marketów, kilku, nie jednego. Na placach tłoczą się pojazdy, a w nich ludzie, którzy odczuwają spotęgowany medialnie głód. Może to także kwestia pory roku, nie wiem. A potem już tylko świętowanie.

A dziś kończą się święta, kolejne święta, i wielu ludzi zacznie dochodzić do siebie. Z powodu przedawkowania jedzenia i picia. A z jakiego powodu dochodzi do przedawkowania? Bo tak chce tradycja, tak mówi tradycja, tak było zawsze i tak ma być. No i jak tu się nie podporządkować? Przecież większość tak robi, więc byłoby niewskazane zachowywać się inaczej.

Ano właśnie. Ilu sprawom w życiu poddajesz się bezwolnie, bezrefleksyjnie, bez chęci walki czy choćby cienia sprzeciwu? Znacznie wygodniej jest popłynąć z prądem, iść tam, gdzie idą wszyscy, robić to, co robią wszyscy. Przynajmniej nie będą cię wytykać palcami. A tak naprawdę to nie jesteś taki jak inni - jesteś indywidualnością, jednostką, osobnym bytem, który ma prawo do życia po swojemu.

W porządku, mamy wspólne potrzeby – te podstawowe, fizjologiczne, które trzeba zaspokoić (spróbuj pomyśleć np. o nauce języków czy rozwoju osobistym, kiedy burczy ci w brzuchu albo czujesz, że za chwilę się zsikasz). Tyle że przed marketami dziwi mnie zawsze jedno: po co kupować tyle żarcia na dwa krótkie dni? Po co przeżerać się do takiego stopnia, że potem wisisz dwa dni nad sedesem i pięknym śpiewem pozdrawiasz system kanałów miejskich (albo wiejski rów, bo obecnie większość mieszkańców wsi wypuszcza własne nieczystości do rowu przy własnej posesji)?

I pewnie potem nie możesz tego zrozumieć – jak to się stało, że znów dałeś się nabrać na ten stary numer, ten nadmiar, tę nadpodaż? Cóż, tradycja i pewna ludzka słabość. Jesz, bo podstawiają, pijesz, bo nalewają. I przesadzasz. A chwilę później te same produkty wychodzą w ciebie drugim końcem. Albo tym samym. Albo jednym i drugim jednocześnie. I zaczynasz sobie obiecywać, że to tylko teraz, że od jutra już będzie normalnie, że zaczniesz się odchudzać, ćwiczyć, jeść mało, zdrowo itd.

Jedzenie to przyjemność i zdrowie. Wiadomo, czasem trzeba sobie pofolgować, nie można ciągle żyć w ascezie. Pytanie brzmi, jak bardzo i co cię tak naprawdę bawi.

Brak komentarzy