Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Nauka języków

Solidne podstawy, czyli Direct...

26 lipca 2018

Lada moment ukaże się na rynku – po Direct Communication Method włoski 1 i 6-cio częściowej serii do niemieckiego Direktes Deutsch –...

Sztuka łączenia, czyli jak zostać...

5 lipca 2018

Zdaję sobie sprawę, że trwają wakacje, po mundialowych boiskach toczy się napędzana pieniędzmi sponsorów piłka, że opiekane słońcem...

Echolalia Aldony, czyli po co uczyć...

12 kwietnia 2018

Zadawanie pytań to bardzo ważna część komunikacji międzyludzkiej. Zadajemy pytania, żeby się czegoś dowiedzieć, a przy tej okazji z reguły...

I poszło, czyli jak działa dobra prowokacja językowa

17 marca 2015, komentarze (2)

Prowokacja może działać na człowieka różnie – w jednym burzy się krew, drugi robi w gacie, trzeci mdleje, czwarty się irytuje, a potem bierze do roboty. Nie wykluczam, że prowokacja może także wywołać wszystkie wymienione objawy jednocześnie. Jeśli jednak coś to w końcu daje, to – mimo wszystko - pewnie warto dać się sprowokować. Krew się uspokoi, gacie można zmienić, z ziemi po prostu się podnosisz, irytacja też nie trwa wiecznie.

Pisałem niedawno, jak to przed wielu laty jeden osobnik w telewizji sprowokował mnie do rozpoczęcia nauki niemieckiego: Coś się stało, czyli o podjęciu językowego wyzwania.

Gdybym wtedy był starszy, pewnie rozważyłbym za i przeciw, spojrzał racjonalnie, logicznie, filozoficznie, itede, po czym być może do niczego by nie doszło. A sprawa wyglądała tak:

”I kiedy teraz patrzę na tamto przedpołudnie oczami dorosłego, dochodzę do następujących wniosków:

Chłopak chwalący się językami, ja zaskoczony i chyba poirytowany… A potem to nieokreślone przekonanie, że coś się stało… A kiedy moje zaskoczenie jakoś nie chciało opaść, zapadła DECYZJA.

W tym dziwnym, nowym stanie zacząłem się zastanawiać, gdzie rozpocząć nową przygodę – naukę niemieckiego. Wiedziałem, że mi się uda. Że na pewno znajdę SPOSÓB. Znałem już termin rozpoczęcia – natychmiast. Byłem o tym święcie przekonany. Nie było innej opcji. Skupiłem wszystkie siły i począłem intensywnie myśleć. SPOSÓB był w zasięgu ręki. Niemal natychmiast przypomniałem sobie pewną koleżankę, którą rodzice wysyłali na prywatne lekcje do odległego o 15 km Kalisza. Główna zainteresowana nie garnęła się jakoś specjalnie do nauki, raczej uczestniczyła w lekcjach fizycznie – może jej to wystarczało. A może po prostu chciała zadowolić rodziców.

W tamto sobotnie przedpołudnie przedstawiłem swój „postulat żądania rozwoju” własnym rodzicom, co spotkało się z ich pełną akceptacją. Moje wielkie szczęście polegało na tym, że w kwestii nauki mogłem liczyć na rodzicielską pomoc. A w poniedziałek rozpoczęło się DZIAŁANIE.

Zgłosiłem się – w towarzystwie mamy – do prywatnego nauczyciela, u którego już parę dni później podjąłem naukę. Niedługo potem zostałem jego najlepszym uczniem i w nagrodę za najlepsze wyniki w nauce dostałem kalkulator (pamiętaj, że działo się to w 1985 roku, zatem w innych czasach i w innej sytuacji polityczno-ekonomicznej). Mam go do dziś. Nie działa już od dawna, jednak ma dla mnie wartość sentymentalną. Przypomina mi o tym, że można osiągnąć cel, jeśli oczywiście jesteś w stanie zainwestować w ten proces określoną ilość czasu i pracy. A niemiecki znajdował się wtedy na pierwszym miejscu listy rzeczy najważniejszych.

Więc powtórzę: możesz osiągnąć każdy cel. Jeśli jesteś KONSEKWENTNY.

A w tamtym okresie nie było rzeczy, która mogłaby mi przeszkodzić w tej przygodzie. Bo tak to widziałem. To była przygoda. Bo kiedy uczysz się czegoś nowego, a zwłaszcza innego języka, wkraczasz w inny świat, w inny wymiar, posługujesz się „dziwnymi” słowami, a ktoś z innego kraju te słowa rozumie i odpowiada. I rozmawiacie. Niesamowite. Niesamowite?

To nie była zwykła, grudniowa sobota 1985 roku. To był dzień, w którym ciekawość i zainteresowanie przerodziły się w pasję. Dzień, w którym wcisnąłem guzik telewizora, a potem zdecydowałem, że zmienię swoje życie. Dodam, że nie używałem wtedy tak wyszukanego słownictwa - działałem intuicyjnie i emocjonalnie, jak to dzieciak. A teraz opisałem to jak dorosły. Oto cała różnica.

Do zmiany doszło. Udało się. Miałem wtedy 11 lat. Wydawało mi się, że jestem niesamowicie dorosły.

A potem poszedłem pobawić się samochodzikami.”

Samochodziki mam do dziś. A prowokacja zadziałała, i to jeszcze jak! A ty jak reagujesz na dobrą prowokację – krew, gacie, omdlenie czy irytacja?

w322adca_ind_400Powyższy fragment pochodzi z książki „Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą”. Jeśli jeszcze jej nie czytałeś, możesz zrobić to teraz, bo właśnie kręci się tu koło mnie jeszcze jeden egzemplarz, który oddam w dobre ręce.

Wystarczy, że

1. Napiszesz ładny komentarz pod tym wpisem;

2. Zalajkujesz go na moim profilu na FB;

3. Udostępnisz na swoim profilu na FB.


Wtedy książka czym prędzej powędruje do ciebie z rozłożonymi kartkami. Możesz to potraktować jako delikatną prowokację.

2 komentarze

amela456, 30.03.2015, 11:36

Książkę czytałam, zadziałała :)

Jadzia, 30.03.2015, 15:20

jak lekarstwo;-D