Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Meantime, czyli podróż wehikułem...

18 listopada 2018

Może to przez tę aurę, bo mży, jest mgliście i ogólnie niesympatycznie, pogoda może być zatem wygodnym wytłumaczeniem każdego rodzaju...

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza...

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe...

Rock or Bust, czyli dinozaury wiecznie żywe

23 grudnia 2014, komentarze (1)

Tylko krowa nie zmienia poglądów

Dawno temu, bo w roku 1990, w jakimś magazynie muzycznym przeczytałem takie oto zdanie na temat muzyki AC/DC: „Jeśli założyć, że tylko krowa nie zmienia poglądów, AC/DC to właśnie krowa”. Chodziło o to, że wspomniana australijska formacja gra w kółko to samo, jednak czyni to tak, że z jakiegoś powodu fani się nie nudzą. Od tamtego momentu minęło sporo czasu, a zdanie o poglądach krowy jest jak najbardziej aktualne.

Bo oto w 2014 roku, 6 lat po wydaniu poprzedniej płyty, AC/DC wraca z nową propozycją ”Rock or Bust”. Z tym, że tym razem

AC/DC grają mieszankę hip-hopu, elektro i techno

Oczywiście, że żartuję. Czy istnieje ktokolwiek, kto w najbardziej wyuzdanych snach dopuściłby taką ewentualność? Nie sądzę. AC/DC to czysty rock: dwie gitary, bas, bębny i charakterystyczny wokal. I tyle. Żadnych udziwnień, żadnych nowych technologii, żadnych zmian stylu gry. To ewidentna krowa. Zmiana poglądów z pewnością zaszkodziłaby grupie. Bo po co zmieniać coś, co doskonale działa od tak wielu lat?

Co na płycie?

Ano 11 kawałków, zamkniętych w 35 minutach muzyki. Wystarczy. Niepotrzebne wydłużanie Rock or Bust mogłoby znudzić słuchacza, a tak dostajesz możliwość ponownego nastawienia płyty i powtórnego jej przesłuchania. I za każdym razem możesz odkryć coś nowego, choć w przypadku AC/DC na gejzer odkryć nie ma co liczyć. Bo to stary, klasyczny, ogólnie prosty czy wręcz prymitywny rock, zwrotka, refren, zwrotka, refren, solówka Angusa, refren i koniec. Czyli raj dla ortodoksyjnych fanów.

Wyrwani z marzeń o emeryturze

Chwilami mam wrażenie, że rockmani zaczynali powoli porastać mchem muzycznej emerytury, a tu nagle względy komercyjne wyciągnęły ich za uszy z bezpiecznej kryjówki i powiedziały: Orkiestra, grać! Tak mi się właśnie wydaje, że płytę nagrano trochę na odczepnego, z cyklu, no dobra, porzępolimy trochę, a wy dacie nam już spokój. I choć muzycy starają się jak mogą, to momentami owo zmęczenie słychać. Ale nie mam o to pretensji, AC/DC grają 40 lat, Angus już swoje wyskakał i niejedną scenę za pomocą własnych pleców wytarł. I nadal nieźle podryguje, a szkolny mundurek wciąż jak gdyby na miarę szyty.

Dobrzy są

Słucham tej płyty z radością i sentymentem. Bo mimo wszystko na tej płycie jest radość. Bo to kawał historii rocka w nieco odświeżonej wersji, która z pewnością znajdzie rzesze naśladowców. Nie muszę chyba dodawać, że każdy kawałek podobny jest do czegoś, co AC/DC już wcześniej nagrali, bo to oczywista oczywistość. Kto zespół lubi, ten będzie zadowolony, kto nie lubi, ten nie będzie. Proste.

W każdym razie Rock or Bust to dobry prezent. Nie tylko z okazji świąt. Ogólnie – duchowy i audialny. A słuchając płyty krew zaczyna szybciej krążyć i masz ochotę trochę się poruszać, co może wyjść tylko i wyłącznie na zdrowie.

1 komentarz

tom, 24.12.2014, 15:16

Rock or bust! I tyle na temat!