Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Nauka języków

Solidne podstawy, czyli Direct...

26 lipca 2018

Lada moment ukaże się na rynku – po Direct Communication Method włoski 1 i 6-cio częściowej serii do niemieckiego Direktes Deutsch –...

Sztuka łączenia, czyli jak zostać...

5 lipca 2018

Zdaję sobie sprawę, że trwają wakacje, po mundialowych boiskach toczy się napędzana pieniędzmi sponsorów piłka, że opiekane słońcem...

Echolalia Aldony, czyli po co uczyć...

12 kwietnia 2018

Zadawanie pytań to bardzo ważna część komunikacji międzyludzkiej. Zadajemy pytania, żeby się czegoś dowiedzieć, a przy tej okazji z reguły...

Zagraniczny czy krajowy, czyli kto cię lepiej nauczy

13 listopada 2014, komentarze (6)

Dobre, bo polskie?

W naszym kraju chyba wciąż panuje przekonanie, że prawie wszystko, co pochodzi z zagranicy, jest automatycznie lepsze od polskiego. To chyba resztki myślenia z poprzedniego systemu, kiedy to praktycznie wszystko BYŁO lepsze od tworów krajowych. Kwestia dotyczy także usług czy wytworów kultury. No i stąd pytanie: czy krajowy trener językowy jest lepszy czy gorszy od rodowitego nejtiwa? Jako że doświadczenie pokazuje, że nic nie jest ani całkiem białe ani całkiem czarne, i tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. W takich sytuacjach trzeba wziąć pod uwagę klika rzeczy.

Dobrze trafić

Bo o ile uda ci się trafić na przygotowanego do nauczania nauczyciela/lektora/trenera, to nie ma znaczenia, skąd pochodzi. Dobrze trafiłeś i tyle. Ktoś taki z reguły wie, jak przekazać ci językową wiedzę, a w razie potrzeby poinformuję cię, jak tworzyć zdania w stronie biernej czy w czasie przeszłym. Kiedy zaczynasz mówić (zakładam, że w ogóle zaczynasz, a z dobrym prowadzącym to raczej innego wyjścia nie masz), dobry prowadzący będzie poprawiać twoją wymowę czy naprowadzać cię na właściwą drogę w poprawnym – i jednocześnie prostym - formułowaniu pytań i odpowiedzi.

Rozbieżność

I tu pewna rozbieżność - nejtiwi są z reguły tak zachwyceni tym, że ktoś mówi w ich języku, że zaniedbują korygowanie, w efekcie czego uczący się często utrwala błędy w wymowie czy inne złe nawyki. Krajowy prowadzący ma więcej zapału w poprawianiu, choć niektórzy mocno przesadzają i niektórych uczących potrafią zniechęcić. Choć gdyby tak ten uczący wziął się w garść, raz a dobrze się poprawił i przestał mówić „goink”, wyszłoby to na dobre i jemu i prowadzącemu.

Co do nejtiwa, to wielu z nich mówiło, że poprawianie błędów strasznie ich nudzi, przecież ten uczący jakoś tam mówi i „można go zrozumieć”. To ważne, jednak w życiu dojdziesz do takiego momentu, że samo „rozumienie” może ci nie wystarczać, może zechcesz mówić i brzmieć jak profesjonalista lub na przykład partner w biznesie. A może nie dojdziesz do takiego momentu.

Akcent

Każdy nejtiw pochodzi z konkretnego miejsca i dlatego mówi ze specyficznym akcentem. I tu ma nad krajowym prowadzącym znaczącą przewagę. Zdarza się, że polski prowadzący spędza za granicą parę lat i także podłapuje ten specyficzny akcent – potem mogą stać się przynajmniej dwie rzeczy. Taki prowadzący nie uznaje innych dialektów, a w poprawianiu staje się bezwzględny i zamęcza swych uczniów. Na szczęście po jakimś czasie trzeźwieje i zaczyna się zachowywać normalnie. A nejtiw i tak wyczuje, że rozmawia z obcokrajowcem, że ten ktoś ma taki „swoisty akcent”. Jeśli chcecie się o tym przekonać, obejrzyjcie „Bękarty wojny” Tarantino, konkretnie scenę w barze (dość brutalną, choć wartościową lingwistycznie).

Naturalny użytkownik języka praktycznie zawsze wychwyci obcokrajowca. Tak to już jest i koniec. Świetnym tego przykładem jest Wielka Brytania czy Skandynawia. W niektórych przypadkach wystarczy powiedzieć „cześć”, a tam już wszystko wiedzą. Cóż, powtórzę się: tak to już jest.

No to przejdźmy do najważniejszego punktu:

Nawiązywanie relacji

Czy w takim razie mocno wyszkolony krajowy prowadzący jest lepszy od nejtiwa? I znów muszę powiedzieć: zależy od konkretnego człowieka. Bo nawet nauczyciel ze stertą papierów poświadczających jego najwyższe kwalifikacje może okazać się bezbronny, gdy już znajdzie się przed grupą ludzi, których ma czegoś nauczyć, a potem wyegzekwować od nich manifestację tychże umiejętności. To moment próby, kiedy do takiego kandydata dociera, że prowadzenie zajęć, warsztatów, szkoleń czy jak to tam nazwiemy, to osobliwa mieszanka dziwacznych umiejętności: trochę stand-up, trochę kabaretu, wykładu monograficznego, energetycznego szoł, czasem lekkiego poflegmienia i zejścia do poziomu odbiorcy. Prowadzenie zajęć to umiejętne rozpoznanie potrzeb grupy i dopasowanie się do nich.

I zarówno nejtiw jak i krajowy prowadzący mogą być w tym jednakowo dobrzy. Albo jednakowo beznadziejni. Niektórzy takiego daru nie mają i się go nauczą, inni mają to we krwi. Po prostu. A przyszłych nauczycieli uczą na studiach pedagogicznych pisania konspektów.

6 komentarzy

Basia, 17.11.2014, 14:19

Tak to chyba już jest, że jeśli nauczyciel czy prowadzący nie da się lubić i nie nawiąże relacji, to choćby robił nie wiem co, nic wielkego z takiego nauczania nie będzie. uczeń będzie szukał czegoś, do czego mógłby mieć zastrzeżenia, czyli się przyczepić. Relacja jest najważniejsza, popieram, a wtedy pal licho akcent.

axxel, 17.11.2014, 17:34

Racja, kiedy lubisz prowadzącego, to nie ma znaczenia, czy pochodzi z Polski czy z innego kraju, czy jest biały, żółty, czarny czy zielony, ważne, żeby umiał zaciekawić no i trochę za mordę trzymać, a nie tylko miło i przyjemnie

Basia, 17.11.2014, 18:12

Nigdy nie miałam zajęć z zielonym nauczycielem. Masz na myśli kogoś z Marsa czy z Wenus? :)

axxel, 17.11.2014, 19:32

Jak facet to z Marsa, kobieta to z Wenus. Z zielonym na pewno miałaś lekcje, taki co to wchodzi do klasy i zielony, nic nie wie :)

Mariusz Włoch, 17.11.2014, 21:04

Właśnie jesteśmy świadkami narodzin nowej kategorii prowadzących zajęcia!

uli, 24.01.2015, 21:31

Bardzo dobry tekst ,ja się zgadzam .