Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Radość i melancholia, czyli...

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii....

Dejot Kaczka, czyli tu nie będzie...

30 grudnia 2017

Koniec roku już jutro, więc od jakiegoś czasu trwają wszelakie podsumowania, zestawienia, wybory najpiękniejszych sukienek noszonych przez...

Zrost nastąpił, czyli kto się zna na ortopedii

7 listopada 2014, komentarze (8)

Nadszedł wreszcie ten wielki dzień,

kiedy się okazało, że niepozorna kostka w mojej stopie się zrosła. Oznacza to ni mniej ni więcej powrót do chodzenia bez wsparcia uroczej pary kul, sióstr Mitozy i Mejozy, dla przyjaciół Mici i Meci. Oddałem je bez żalu, choć po tak długim wspólnym życiu powinienem był jakiś żal odczuwać. A dlaczego to tak długo trwałem w związku z wymienionymi wyżej istotami? Pewnie przez to, że kostka się powoli zrastała. A dlaczego się tak powoli zrastała? Bo nie mogła szybciej.

Przejdę od razu do epilogu i powiem tak: mam wrażenie, że na ortopedii najmniej znał się ortopeda, do którego udałem się w pierwszej kolejności. A polecono mi go jako specjalistę. Nie, nie napiszę, kto to, nie o to tutaj chodzi. Cała ta historia pokazała, że obsługa klienta i zainteresowanie pacjentem mają w Polsce jeszcze wiele do nadrobienia. Także w sektorze prywatnym. Ale po kolei.

Ortopeda

Ortopeda oczywiście zapytał, co mi się stało, a kiedy opowiadałem, wiercił się na krześle i jakby tylko jednym okiem łypał na przyniesione zdjęcie. Po chwili bez zbędnej zwłoki skierował mnie na fizjoterapię. Co ciekawe, nie do ośrodka, w którym sam przyjmował, tylko do zupełnie innego. Do swojego kolegi. W sensie biznesowym to nawet zrozumiałe. No i to tyle wizyty. A gdyby wtedy wsadzili mi nogę w gips albo przynajmniej powiedzieli: „Nie używać, nie obciążać, oszczędzać!” pewnie zrosłaby się szybciej. Tyle że kolega terapeuta nie zarobiłby pieniędzy od razu, jeśli w ogóle.

Fizjoterapia

Na fizjoterapii u kolegi ortopedy było typowo – co rusz przychodził inny praktykant i pytał, po co właściwie przyszedłem i co on ma zrobić. Cóż, to jakaś forma pracownika etatowego, któremu w większości przypadków jest raczej wszystko jedno. Stopa? Może być stopa. Ucho? Czemu nie!

Zmieniłem wprawdzie miejsce terapii, jednak sytuacja się powtórzyła – właścicielka nie miała możliwości, by zająć się konkretnym przypadkiem. Nie dlatego, że jej się nie chciało, w żadnym razie. Raczej dlatego, że musiała wykonywać zabiegi w zastępstwie pracowników, którzy nie stawili się do pracy z powodu np. katarku. Ech, to młode, delikatne pokolenie. W każdym razie po drugiej terapii i trzech miesiącach nadwątlona kość nadal nie wykazywała zrostu. Fizjoterapia ani nie zaszkodziła, ani nie pomogła, a mnie rozsadzała chęć czynnego wypoczynku (no dobra, na rowerze jeździłem, tyle że krótsze dystanse, żeby nie przesadzić; no i nie zabronili mi tego).

Stomatolog, transplantolog, ginekolog

W końcu poszedłem do mojej dentystki. Osoby, która zrozumiała sytuację.

- Skoro cię nie boli, kiedy jeździsz, to może wcale nie musi się zrosnąć? – powiedziała. Ciekawe podejście. Oczywiście zaraz po wizycie wsiadłem na rower. Pomogło.

A potem spotkałem panią transplantolog, która widząc, że podpieram się kulami, wysłuchała opowieści, zadała parę pytań, po czym zaleciła medykamenty przyśpieszające zrost kostny. Połączenie w miarę czynnego wypoczynku z lekarstwem chyba zadziałało, bo opis dzisiejszego rentgena powiedział, że doszło do zrostu kostnego.

- Czy to znaczy, że już mogę odstawić kule? - zapytałem zaprzyjaźnionego lekarza ginekologa. Ten przeczytał opis, popatrzył na zdjęcie i rzekł:

- Tak. Wszystko ok.

Minimum zainteresowania

Nie chcę uogólniać, że na ortopedii znają się wszyscy spoza tej dziedziny, bo świetnych ortopedów jest z pewnością masa. Chodzi po prostu o to, że odrobina zainteresowania pacjentem z pewnością pomogłaby szybciej leczyć różne przypadki. Bo nadal, niestety, lekarze nie widzą człowieka, tylko chorobę, przypadłość, niepełnosprawność. I to ją próbują leczyć, nie człowieka. No dobra, kość to kość.

Mimo wszystko w sprawach zdrowotnych najlepszą radę daje zespół Czarno-Czarni w tytułowej piosence serialu „Daleko od noszy”:

"Daleko od noszy, od noszy najdalej,

Najlepiej nie choruj, omijaj szpitale!"

8 komentarzy

j, 07.11.2014, 21:52

hurrrrrraaaaa!!!!!!!!!!!!!! nareszcie!!!!!!!!!!!!!!

Mariusz Włoch, 07.11.2014, 21:53

Kurczę, nie sądziłem, że kogoś to tak ucieszy ;)

axxel, 07.11.2014, 21:56

Ja też się cieszę, bo już nudziłeś tę nogą :)

Gigi, 07.11.2014, 21:57

niestety jak przeczytałam: "daleko od noszy.... nie choruj, omijaj szpitale", pierwszy skojarzeniem była doktor Karinka, czyli nieodżałowana Anna Przybylska [*]

j, 07.11.2014, 21:58

najgorsze były odgłosy kul - wszystkie! ale wytrwałam :))))

ivo, 07.11.2014, 21:59

weź teraz sobie do serca: https://www.youtube.com/watch?v=nFOLhtsyvMA :)))))

Mariusz Włoch, 07.11.2014, 22:00

A myślisz axxel, że mnie ona nie nudziła?

axxel, 13.11.2014, 10:53

Wniiosek jest taki - kiedy boli cię noga, idź do dentysty na rozmowę, potem pytaj się transplantologa, czy nie trzeba przeszczepić, na końcu pogadaj z ginekologiem, czy już możesz korzystać, do ortopedy lepiej nie iść, co za czasy!